Odebrałem poród mojego dziecka w domu…

Wczesnym rankiem w Niedzielę Palmową, w jednym z wronieckich mieszkań urodziła się nowa mieszkanka naszego miasta. Nie byłoby może w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dziecko urodziło się przed przyjazdem pogotowia ratunkowego. Sam poród trwał zaledwie kilka minut i został odebrany przez ojca dziecka

Tak opowiedział mi o tym bohater zdarzenia, odbierający poród, Marek Rodewald:

W ten wczesny niedzielny poranek pojawiły się skurcze, ale ich częstotliwość była nieregularna tzn. czasem były co 15 minut, a czasem co 20. Wobec tego, że były nieregularne, a my już dwa razy przedtem jechaliśmy do szpitala i z niego wracaliśmy, zbytnio się nimi nie przejmowaliśmy. Trwało to prawie przez 4 godziny.
O godzinie ósmej podjęliśmy decyzję, aby jednak pojechać do szpitala. Zawiozłem córkę Laurę do babci, abym na spokojnie mógł zająć się moją rodzącą kobietą.

Około godziny dziewiątej, w trakcie przygotowań do wyjazdu do szpitala Marietta zawołała mnie. Gdy do niej doszedłem, kurczowo się mnie złapała… Zobaczyłem, że odeszły wody płodowe. Skurcze stały się zdecydowanie częstsze.

W mig dotarło do nas, że nasze dziecko wybrało sobie właśnie ten czas i to miejsce, aby przyjść na świat. I nie będzie czekało, aż dojedziemy do szpitala. Chwyciłem za telefon i wybrałem numer 112, aby wezwać pogotowie.
W czasie dzwonienia instynktownie wyciągnąłem z szuflady dwa duże worki foliowe, które miały chronić łóżko przez zakrwawieniem i prześcieradła. Zdałem sobie sprawę, że rozmawiając z dyspozytorem przygotowałem miejsce do porodu.

Mimo że ukończyłem kilkanaście różnych kursów udzielania pierwszej pomocy, na terenie naszej gminy prowadziłem kółko pierwszej pomocy przedmedycznej w gimnazjum na Polnej i można powiedzieć, że mam wiedzę, a z doświadczeniem też nie ma problemu, bo niejednokrotnie udzielałem pierwszej pomocy, to w tej właśnie chwili miałem problem z założeniem rękawiczek lateksowych. Ręce mi drżały, a palce nie chciały znaleźć odpowiedniego miejsca w rękawiczkach.

Zrozumiałem, że muszę odebrać ten poród sam.
W domu.
Pogotowie nie zdąży dojechać, zanim moja córka zobaczy ten świat po raz pierwszy.
Zacząłem więc działać. Raczej instynktownie, niż świadomie. Wiedziałem, że dziecko musi obrócić się, żeby mogło wyjść na świat. Teorię znałem. Praktykę właśnie odbywałem.
Cała akcja trwała nie dłużej niż 12 minut od odejścia wód płodowych do urodzenia, kiedy mogłem położyć moją córeczkę na brzuchu mamy.

Zaraz po tym przybyło pogotowie ratunkowe.
Ten czas był dla mnie wiecznością. Po zabezpieczeniu pępowiny przez przybyłych na miejsce ratowników miałem okazję ją przeciąć.

 

Tyle opowieści mojego „bohatera”.
Postanowiłam zadać Mu jeszcze kilka pytań:

– 12 minut do czasu przybycia pogotowia to całkiem niezły wynik, prawda?

– Dla jednych to długo, dla innych szybko. Problem tkwi w naszym systemie ratunkowym. Dzwonisz na 112. Najpierw rozmawiasz kilka minut z dyspozytorem numeru 112, który o wszystko Cię wypytuje, a następnie przełącza do dyspozytora pogotowia, który ponownie o wszystko pyta. A czas, niestety, ucieka. Dla osoby poszkodowanej każda sekunda ma wielkie znaczenie. Do tego dochodzą nerwy, które trudno opanować, gdy się patrzy, na przykład jak ja, na rodzącą w bólach kobietę.

– Rozumiem, że jesteś z siebie dumny?

– Byłem z siebie dumny, bo mogłem spełnić swoje marzenie.

– Marzenie? Odebrać poród w domu? Sam? No, szczerze powiem, nie spodziewałam się takiej odpowiedzi...

– Wiem że zadziwiłem Cię tymi słowami, ale taka prawda. Marzył mi się poród w domu, który ja sam odbieram. Takie marzenie zaczęło się rodzić w mojej głowie jeszcze w czasach małżeństwa z moją poprzednią partnerką. Pisałem jej kilka prac z położnictwa, gdy robiła policealne ratownictwo medyczne. Mogę powiedzieć, że sporo na ten temat przeczytałem. Ciężko było zrealizować to marzenie, ponieważ zawsze była obawa, że sobie nie poradzę, że mogą wyniknąć komplikacje, a bez specjalistycznego sprzętu nie dam rady uratować życia dziecka. Ale jak widać trzeba mieć marzenia, aby je realizować. Choć zajęło mi to ponad 15 lat, to warto było.

– Rzeczywiście. Trzeba uważać o czym się marzy, bo może się naprawdę spełnić!

– No, ale czas euforii się kończy i powoli trzeba wrócić na ziemię, bo trzeba żyć i realizować dalsze plany.

– A jakie są Twoje dalsze plany? Dziecko „urodziłeś”, to co teraz? Na co dzień prowadzisz szkołę jazdy oraz przeprowadzasz kursy BHP i pierwszej pomocy. Myślę, że teraz będziesz mógł wpisać sobie w umiejętnościach: „odbieram porody i szkolę w tym kierunku”. To o czym marzysz, Marku?

– Myślę o rozwoju firmy. Marzy mi się duży ośrodek szkoleniowy, gdzie będzie można zrobić prawo jazdy na wszystkie kategorie. W chwili obecnej szkolę tylko na kategorię „B”. Chciałbym prowadzić szkolenia dla kierowców zawodowych. Marzeniem moim jest również uczenie kierowców jazdy na trolejach, tzn. wychodzenia z kontrolowanego poślizgu. Ponadto chciałbym oprócz nauki jazdy częściej prowadzić również szkolenia z BHP, P-poż i pierwszej pomocy przedmedycznej. W działalności mam również przegląd okresowy gaśnic.

– No, zakres spory! Ale widzę, że ta pierwsza pomoc jest Twoim mocnym punktem. Pokazałeś, że nie tracisz zimnej krwi nawet w tak niecodziennych przypadkach, bo jednak nie na co dzień kobiety rodzą w domach bez lekarzy czy położnych. Dawniej się taka pani akuszerką nazywała.
– Mam takie ciche marzenie, że w końcu uda się w naszym WOK-u stworzyć kółko pierwszej pomocy dla dzieci. Dodam, że wcześniej storpedowano mój pomysł. A ja już mam doświadczenie w tych sprawach. Inicjatorem i pomysłodawcą takich szkoleń był mój brat Piotr i on stawiał pierwsze kroki w Gimnazjum na Polnej, ja po nim to przejąłem. Uczniowie startowali w konkursach, dwie uczennice nawet kiedyś uratowały życie komuś w rodzinie.

– No to rzeczywiście szkoda, żeby zmarnować taką okazję. Uważam, że takie szkolenia powinny być w każdej szkole. Każde dziecko w podstawówce już powinno umieć udzielać pierwszej pomocy. Patrząc na akcje Owsiaka widać, że ma to sens. Może Ci się jednak uda?

– Na to potrzeba czasu, pieniędzy i pogłębiania swojej wiedzy. Ale mam nadzieję, że firma będzie się rozwijała. Dziękuję Marietcie, która mnie wspiera jak tylko może w realizowaniu planów i marzeń. A ostatnie wydarzenia pokazały, że jednak warto marzyć, bo marzenia się spełniają. Co prawda czasem dosyć późno, ale spełniają

– I tymi pięknymi słowami zakończmy naszą rozmowę. Życzę Ci spełnienia marzeń. A tak przy okazji – gratulacje dla równie dzielnej Marietty oraz Waszej córeczki – Ani. Anie są super, coś o tym wiem!

 

Z Markiem Rodewaldem
rozmawiała: Szwarc Gapa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Udowodnij, że nie jesteś robotem: * Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.