Klemens Stróżyński: Przewrót kopernikański we wronieckim więzieniu

Dzisiaj wronieckie więzienie jest wciąż instytucją tajemniczą, pobudzającą wyobraźnię wielu ludzi, ale już bardzo oswojoną, znormalniałą, zwyczajnym zakładem pracy dla licznych wronczan. W internecie można zobaczyć na zdjęciach, jak wyglądają korytarze i niektóre pomieszczenia, sporo wycieczek mogło wejść, dotknąć, oglądać miejsce o niedobrej od lat sławie. A przecież kiedy tam pracowałem jako nauczyciel, czyli w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, na murach wisiały tabliczki oznaczające zakaz fotografowania. Także z zewnątrz

Wiele się również zmieniło od lat, kiedy tworzyłem z moimi współpracownikami pierwsze wydanie książki „Powrót do Wronek”, poświęconej więźniom politycznym okresu stalinowskiego. Były to pierwsze lata po tak zwanej transformacji, czyli po roku 1990. A w więzieniu, już po remoncie, nie było najważniejszego bodaj reliktu dawnych czasów, czyli kibli (kubłów sanitarnych z przykryciem, stojących w celach i opróżnianych codziennie wieczorem). Zainstalowano kanalizację i wodę bieżącą, także w celach, czyli kiedy wówczas wszedłem do więzienia wśród innych zwiedzających, nie czułem tego, co się czuło wtedy.

Znacznie więcej jednak zmieniło się nie w czasach wielkiego remontu, kiedy (szkoda!) przebudowano zewnętrzne mury i bramę, naruszając zabytkowy wygląd obiektu. Więcej zmieniło się w roku 1981, kiedy więzienie zaczęło tracić charakter miejsca, gdzie strażnicy mają nieograniczoną władzę, a więzień nie ma w zasadzie żadnych praw. Ten rok to nie tylko czas, kiedy Ali Agca strzelał do Papieża, kiedy w grudniu za wroniecki mur trafiła gromadka internowanych działaczy „Solidarności”, ale kiedy miał miejsce tak zwany bunt więźniów.

Trochę kontekstu

Więzienie wczesnych lat osiemdziesiątych cechowało się surowym reżimem, a wśród kar dyscyplinarnych (np. pozbawienie widzeń, paczek, możności zakupów w kantynie więziennej, odosobnienie czyli karcer) największą dolegliwość psychologiczną sprawiała kara ostrzyżenia „na glacę”, a dolegliwość fizyczną – kara „postu” (w języku administracyjnym nazywało się to karą ograniczenia racji żywnościowych). W sytuacji, kiedy wyżywienie było naprawdę marne, w żaden sposób nieprzypominające dzisiejszego, ta kara była bardzo dotkliwa.

Rok 1981 był czasem wielkich wydarzeń w Polsce, szarpaniny związku „Solidarność” z władzą, zdobywania przez społeczeństwo coraz większego zakresu swobód, w tym wolności słowa. Częste akcje protestacyjne za murami więzień, strajki, głodówki, negocjacje władz ze związkami – siłą rzeczy musiały wpływać na to, co się działo wewnątrz zakładu karnego. Na wiosnę 1981 roku w Kamińsku doszło do rozruchów w tamtejszym więzieniu. Pacyfikacja tych rozruchów była tematem artykułów prasowych, także dostępnych dla więźniów.

Pracowałem wtedy w szkole zawodowej oraz średnim studium zawodowych (wówczas jedynej takiej szkole więziennej, kończącej się maturą, w Polsce). Szkołą mieściła się na końcu Oddziału IB (czyli parter), zaraz za płuczkarnią, gdzie opróżniano i myto kible. Uczniowie obowiązkowo byli pracownikami zakładu metalowego Pomet-2, czyli po pobudce około godz. piątej rano i po śniadaniu szli na osiem godzin pracy do Pometu, a potem, po obiedzie w celach szli do szkoły na pięć godzin lekcji. Oczywiście, „szli” to taka trochę metafora, byli doprowadzani przez strażnika, oddziałowego.

Uczniowie szkoły byli, mimo większego obciążenia pracą (za złe wyniki w nauce także można było zarobić karę dyscyplinarną, jeśli rada pedagogiczna uznała, że więzień jest wystarczająco zdolny, lecz okazuje złą wolę; za złe sprawowanie kara była nieuchronna), elitą wśród więźniów zakładu karnego. Mogli za dobre wyniki w nauce otrzymywać nagrody, w tym atrakcyjne widzenia z rodziną „przy stolikach”, czasem nagrodą zbiorową było oglądanie telewizji (mecze piłki nożnej). Ale specjalną atrakcją chodzenia do szkoły była możliwość kontaktowania się z więźniami innych oddziałów, rozmów podczas przerw na miniaturowym spacerniaku no i nielegalnego, ale zawsze istniejącego w więzieniach handlu wymiennego. Ważna była także możliwość kontaktu z cywilnymi pracownikami szkoły, czyli kimś spoza straży więziennej.

Fatalny błąd naczelnika

W dniu 6 kwietnia 1981 roku podczas pracy pierwszej zmiany w Pomecie więźniom nie podano przysługującej im herbaty – taka przynajmniej była wersja naszych uczniów. Ponieważ na wolności strajk był podstawowym sposobem dochodzenia praw pracowniczych, więźniowie zażądali herbaty i zadeklarowali, że nie będą pracować i nie wyjdą z zakładu. Czegoś podobnego nikt w więzieniu nie pamiętał. Zabrzmiały dwa podwójne dzwonki (czyli ALARM) i naczelnik Mikołajczak wysłał do Pometu oddział interwencyjny, nazywany potocznie „chłopcami z bramy”. W budynku bramy bowiem była wartownia, zbrojownia i dyżurni strażnicy.

„Chłopcy z bramy” zrobili, co im kazała zwierzchność i za pomocą pałek spacyfikowali strajkujących. Zapewne w obawie, że zły przykład może być zaraźliwy, kazano im pacyfikację przeprowadzić brutalnie – potem na lekcjach w szkole więźniowie pokazywali ślady pobicia. Oczywiście, stawiali tylko opór bierny – byli doświadczonymi recydywistami i nikt nie ryzykowałby oporu czynnego, bo za to proces w trybie doraźnym i „dolewka”, jak w żargonie więziennym nazywano dodatkową karę za przestępstwo w czasie odsiadywania wyroku.

Naczelnik Alojzy Mikołajczak miał niewielkie doświadczenie na tym stanowisku i z takimi więźniami, poza tym zapewne nie czuł „ducha czasu”. Brutalna pacyfikacja zamiast uspokoić sytuację, niebywale ją zaogniła. Jeszcze tego samego dnia zaczął się masowy strajk głodowy w więzieniu. Aluminiowe miski służące za zastawę stołową (przez więźniów zwane żartobliwie „platerami”) zostały wyrzucone na korytarz przez okienko do podawania posiłków. Rzecz odbyła się bardzo sprawnie, mimo regulaminowych utrudnień system komunikowania się pomiędzy celami i oddziałami funkcjonował doskonale.

W napiętej sytuacji politycznej w Polsce władze więzienne nie chciały ryzykować zaognienia sporu i być może rozlewu krwi. Helikopterem przyleciał wysłannik z ministerstwa, samochodem okręgowy szef służby więziennej z Poznania, zupełnie innym samochodem przedstawiciel kurii arcybiskupiej z Poznania (może Zbigniew Fortuniak – ale nie jestem pewien), a piechotą przyszedł wroniecki proboszcz, ksiądz Wacław Przyniczyński. Pierwszą, sprawnie przeprowadzoną rzeczą, było zdymisjonowanie naczelnika Mikołajczaka za fatalną w skutkach decyzję.

Jeszcze trochę kontekstu

Tu, dla lepszego zrozumienia sprawy przez ludzi nieznających specyfiki ówczesnego więzienia, kilka uwag. Więźniowie niejako z zasady jako swoich głównych wrogów traktowali strażników czyli oddziałowych, podporządkowanych Działowi Ochrony. Rolą Działu Ochrony było utrzymanie porządku i bezpieczeństwa w więzieniu (także po to, żeby porachunki między więźniami nie kończyły się krwawo). Oddziałowych dzielono na lepszych (czyli takich, z którymi można się było dogadać, najczęściej w rozumieniu „pohandlować”, lub po ludzku byli życzliwi) oraz na złych, czyli służbistów. Na tych ostatnich więźniowie także mieli sposoby, na przykład przekupiony przez mafiosa więzień donosił do Ochrony, że dany strażnik obiecał mu na przykład zakazaną paczkę herbaty lub papierosy za coś. W wypadku rewizji ów donosiciel miał przedmiot korupcji (koszta prowokacji), ale za to strażnika przenoszono karnie w inne miejsce, najczęściej „na wieżyczkę” lub, jak to ujmowali więźniowie, „na zwyżkę”.

Każdy oddział miał wychowawcę, funkcjonariusza w stopniu oficerskim (porucznika najczęściej), który odpowiadał za tzw. resocjalizację, czyli poprawę charakteru więźnia, wystawiał mu opinię, kontaktował się z rodziną, mógł zabiegać o przedterminowe zwolnienie. Dlatego wychowawcy byli przez więźniów bardziej szanowani, oni decydowali o nagrodach (podczas gdy oddziałowy mógł wnioskować o karę). Czasem udawało się wygrywać wychowawcę przeciw oddziałowemu. Wychowawcy w czasie klasyfikacji uczniów współdecydowali o ocenie zachowania i nagrodach za naukę, ponieważ mieli dostęp do akt osobowych uczniów i mieli wiedzę o nich poza czasem spędzonym w szkole. Ot, jak rodzice wolnościowych uczniów.

Nauczyciele w szkole byli cenieni przede wszystkim za to, że byli nosicielami wartości najcenniejszej w więzieniu: wolności. Poza tym uczniowie cenili nas za wykształcenie. Często zresztą sprawdzali naszą wiedzę, do dziś pamiętam, jak któryś z moich uczniów zapytał mnie (przy okazji namawiania do czytania Sienkiewicza), jak miał na imię koń Kmicica. Próbowałem coś kręcić, mylić, twierdzić, że w tekście nie podano imienia zwierzęcia, w końcu się poddałem. Dowiedziałem się, że rumak Kmicica nazywał się Basior. Kiedy desperacko się broniłem, że to nie jest ważna informacja, zostałem przygwożdżony – przecież do historii przeszły rumaki Aleksandra Wielkiego, Piłsudskiego, Kaliguli. Prawda, koń dla rycerza to towarzysz.

Uczniowie tytułem rekompensaty za większe obciążenie czasowe (lekcje mieli cztery dni w tygodniu) i dla umożliwienia uczenia się mieszkali w celach po cztery osoby, spali na dwóch piętrowych metalowych łóżkach. Ci, co się nie uczyli, mieszkali po sześć osób (dwóch spało na podłodze między łóżkami i pod drzwiami). W szkole mieli dostęp do biblioteki. Mogli także dłużej świecić światło w celi (to znaczy poprosić oddziałowego, żeby nie gasił o dziesiątej). Społeczność więźniów potrafiła się dobrze organizować, optymalizować (tak dzisiaj byśmy powiedzieli) warunki życia, podejmować odpowiedzialne decyzje. Poza wszystkim był podział na ludzi (czyli zacnych członków społeczności więziennej, tych „charakternych”, czyli „grypsujących”) oraz na frajerów (do których i my, cywile, zaliczaliśmy się). Nazywano to w nomenklaturze administracji więziennej „drugim życiem”. Poza tym podziałem były mundurowe służby więzienia, czyli „klawisze”.

W tekście tym używam określenia „więźniowie”, zamiast regulaminowego ówcześnie „skazani” czy później „osadzeni”. Nie wypada też w tekście stosować potocznego „złodzieje”, co nasi uczniowie i tak uważali za lepsze od „skazanych”. Taki sprzeciw wobec biurokracji. No i nie znosili oni zwracania się per „wy”, jak kazał regulamin więzienny. Zapewne kojarzyło się im to z językiem rosyjskim. Ponieważ „pan” nie wchodziło w ogóle w rachubę, powszechnie funkcjonowało zwracanie się do uczniów przez „ty”, jak w szkole podstawowej czy średniej.

Negocjacje

Komisja złożona z przedstawicieli władz więziennych i kościelnych (tak wewnętrznie ustalono skład) podjęła ze zbuntowanymi więźniami negocjacje. Głodówka została zawieszona po spełnienia wstępnych warunków, czyli dopuszczeniu do stołu negocjacyjnego czynnika pozawięziennego w postaci przedstawicieli Kościoła oraz po decyzji, że negocjacje będą na żywo transmitowane przez więzienny radiowęzeł. Przy stole negocjacyjnym zasiedli także przedstawiciele strajkujących, którzy do więziennych drelichów przypięli sobie własnej roboty plakietki z napisem „Sprawiedliwość”, wykonanym charakterystycznym liternictwem, tzw. solidarycą.

Właściwie każda z wymienionych tu rzeczy była w rozumieniu peerelowskiego więziennictwa. nieprawdopodobna. Po pierwsze – organizowanie się więźniów i wyłanianie reprezentacji – między innymi po to Dział Ochrony utrzymywał wśród więźniów siatkę kolaborantów, żeby do tego nie dopuścić. Po drugie – dopuszczenie ludzi spoza więziennictwa, w ogóle spoza wymiaru sprawiedliwości do rozmów. Po trzecie – jawność negocjacji. Po czwarte – sam fakt negocjowania władzy z poddanymi. Od tego czasu w więzieniach polskich nic już nie było tak jak przedtem.

Co bardzo ważne, już na początku negocjacji przyznano więźniom rację, że w Pomecie nie dano im posiłku, jaki się należał i że pacyfikacja była zbyt brutalna. Naczelnik Mikołajczak zapłacił za to stanowiskiem, przy tym poinformowano o tym więźniów i to było raczej w warunkach polskich więzień niebywałe. Niebywałe było również to, że w czasie negocjacji nie było właściwie istotniejszych wykroczeń w zakładzie karnym. Więźniowie nie chcieli zakłócać tych negocjacji i to świadczy o sporej ich dojrzałości społecznej.

Przedmiotem negocjacji były zarówno sprawy doraźne, jak i rozwiązania systemowe, długofalowe. Do spraw doraźnych należały żądania pozbycia się przez władze więzienia osób, zdaniem więźniów, szczególnie brutalnych lub w inny pozaregulaminowy sposób szkodzących więźniom. Jedną z tych osób był oficer znany pod pseudonimem „Rękawica” (zapewne mógłbym sobie przypomnieć nazwisko, ale nie ma to przecież nic do rzeczy). Drugim takim człowiekiem był ówczesny lekarz więzienny, co budziło moje przynajmniej zdziwienie, bo lekarze zazwyczaj mieli dobrą opinię u więźniów. W wypadku oficera przeniesiono go na inne stanowisko, w wypadku lekarza negocjatorzy strony administracyjnej zgodzili się zatrudnić innego lekarza, jeśli takowy chętny się znajdzie. O ile mi wiadomo, nie znalazł się.

Do spraw systemowych należało przede wszystkim uregulowanie sprawy opieki duszpasterskiej nad więźniami. Zażądano stałego kapelana i Mszy św. co niedziela dla chętnych. Było to w jakiś sposób odbiciem żądań strajkujących w sierpniu 1980 roku, którzy domagali się transmisji mszy w radio. Ten postulat, uznany za najważniejszy, został spełniony i kapelanem kuria biskupia wyznaczyła wronieckiego proboszcza, księdza Wacława Przyniczyńskiego. Warto podkreślić, że był to postulat bardzo ważny i przemyślany, ponieważ zapewniał więźniom w wypadku łamania ustaleń z władzami więzienia możliwość odwołania do czynników zewnętrznych bez pośrednictwa administracji więziennej. Żądanie to było analogiczne do postulatu utworzenia samorządnych związków zawodowych podczas negocjacji w Stoczni Gdańskiej.

Kolejne systemowe rozwiązania dotyczyły modyfikacji regulaminu kar i nagród, zwłaszcza zniesienia kary postu (wcześniej wspomnianej) oraz kary ostrzyżenia włosów, a także ograniczenia czasu izolacji w karcerze (zwanym przez więźniów „kabaryną”). Główne żądania zostały spełnione, pamiętam jak sam ówczesny kierownik Działu Penitencjarnego (zresztą z zawodu też nauczyciel), Albin Kasperczak, przyznawał w rozmowie z nami, że kara postu jest nadmiernie surowa. Pewnych rozwiązań nie przyjęto, na przykład zmniejszenia zagęszczenia w więzieniu, ponieważ rozwiązanie tego nie leżało w możliwościach negocjujących.

W tym miejscu chciałbym zwrócić uwagę na ważny fakt psychologiczny, może  w ogóle przełomowy. Po raz pierwszy w powojennym więziennictwie doszło do negocjacji na w miarę równych warunkach, i to przy poszanowaniu partnera (co dla każdej ze stron było bardzo trudne). Poza tym negocjacje, przynajmniej ze strony więźniów prowadzili ludzie nie mający jakiegokolwiek doświadczenia w tego rodzaju działaniach, z wiedzą psychologiczną bardzo praktyczną, wynikająca nie z nauki, lecz z życia. Jedna i druga strona potrafiła zidentyfikować tak zwane warunki brzegowe w negocjacjach (czyli pola, na których w ogóle da się ustąpić lub można żądać ustępstw). Administracja więzienia potrafiła też formułować argumenty i nawet prośby wobec ludzi, do których kierowano dotąd wyłącznie rozkazy i stosowano przymus administracyjny. To ma, w mojej opinii, wymiar przewrotu kopernikańskiego w systemie więziennictwa w Polsce.

Epilog

Kiedy negocjacje się skończyły (cała szkoła, oczywiście, słuchała transmisji przez radiowęzeł, zapewne pod wieloma względami to więcej dało uczniom niż debatowanie nad podmiotem i orzeczeniem), dostałem od jednego z przywódców protestu w prezencie jego plakietkę z napisem „Sprawiedliwość”. Nazywał się on Jastrzębski. Niedługo potem była pierwsza, jedyna w tym roku matura w więzieniu. Tam byłem jako egzaminator z języka polskiego po południu 13 maja i tam się dowiedziałem z telewizji o zamachu na naszego papieża.

Niedługo potem (chyba na jesieni) miał miejsce kolejny protest więźniów w formie głodówki, bodaj uznali oni, że nie w pełni dotrzymano ustaleń negocjacyjnych. Tym razem jednak nowy naczelnik Szewczak, długoletni pracownik więzienia i wcześniej zastępca naczelnika, poradził sobie z protestem bez potrzeby jakichś specjalnych środków. Zdołał on, prowadząc przez wychowawców rozmowy z niedużymi grupkami więźniów z poszczególnych cel, za pomocą różnych obietnic złamać ich solidarność i w ten sposób, bez użycia siły cały protest rozmiękczyć i spacyfikować.

Niebawem, w końcu roku (po 13 grudnia) do więzienia wronieckiego spłynęły pierwsze transporty internowanych. O przygotowaniu więzienia do takiego celu wiedzieliśmy dzięki szeptanym informacjom o rzekomych remontach w niektórych oddziałach i opróżnieniu w tym celu pomieszczeń z więźniów.

Moja praca w więzieniu skończyła się w czerwcu 1982 roku, z końcem roku szkolnego. Władze więzienia równie dobrze jak wszyscy wiedziały, że byłem jednym z przywódców Solidarności i mój wpływ na więźniów na pewno nie był taki, jak życzyłaby sobie Matka Partia. Górę wziął jednak zmysł praktyczny władz więzienia – zwolnienie polonisty i szukanie następnego w trakcie roku szkolnego byłoby zbyt poważnym zaburzeniem organizacyjnym, by dla wątpliwego celu ideologicznego przedsięwziąć wobec mnie radykalne działania.

Tak więc mogę dziś napisać te wspomnienia, żeby pokazać ważny zakręt historyczny wronieckiego więzienia i żeby wszyscy zobaczyli, że nic nie jest czarno-białe, a w każdym warunkach ludzie mogą się porozumieć. Warto to wiedzieć zwłaszcza teraz, wiosną 2019 roku, kiedy spory polityczne doprowadziły do wykopania między przeciwnymi stronami przepaści zda się nie do pokonania.

Klemens Stróżyński

Fotografie Zakładu Karnego we Wronkach ze zbiorów “Wronieckiego Bazaru”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *