O referendum, które zostało sierotą

Ostatniego dnia przed ciszą referendalną publikujemy państwu felieton naszego czytelnika – Tomasza Ziółka na temat niedzielnego głosowania.

Urna wyborcza (1)

Dietetyk Wronki

Najpierw wystraszył się prezydent. Sondaże dawały mu niewielkie szanse na wygranie drugiej tury wyborów, więc postanowił zdobyć głosy zwolenników trzeciego w sondażach Pawła Kukiza i zarządził referendum. Prezydent wybory przegrał i jest już byłym prezydentem, Paweł Kukiz montuje ekipę na wybory parlamentarne. Przeraziło to kolegów partyjnych byłego prezydenta i postanowili zapomnieć o referendum. Bo przecież dyskusja o jednomandatowych okręgach wyborczych mogłaby przysporzyć głosów Pawłowi Kukizowi! W ten sposób referendum, pozbawione ojców, zostało sierotą. A szkoda, bo chociaż jedno z pytań referendalnych jest pozbawione sensu, to pozostałe dwa są ważne i potrzebują szerszego wyjaśnienia.

Już wcześniej pisałem, że każdy lubi mieć rację w sporze z urzędem i nie zamierzam nad tym pytaniem się rozwodzić. Pytanie o sposób finansowania partii politycznych ma znacznie większy ciężar gatunkowy. Szkoda, że zadający pytanie nie wyjaśniają nam jak widzą finansowanie partii po likwidacji zasilania budżetowego. Czy partie mają sobie szukać bogatych sponsorów? Czy mają się utrzymywać ze składek członkowskich i drobnych datków obywateli? A może mają być po prostu biedniejsze, co oznacza koniec z idiotycznymi spotami, koniec z bannerami, koniec z wszechwładzą spin doktorów. Jeśli rezygnacja z finansowania budżetowego zmusi partie do lepszej pracy w okręgach wyborczych, do poważnego dialogu z wyborcami i do skupienia się na polityce, a nie na reklamie, to jestem za zniesieniem finansowania budżetowego. Jeśli rezygnacja z finansowania budżetowego ma oznaczać większą władzę bogatych sponsorów bez żadnej zmiany jakościowej w polityce, to jestem za jego utrzymaniem. Platforma Obywatelska, która – jak się wydaje – była za zadaniem pytania o sposób finansowania partii, nie prowadzi żadnej kampanii informacyjnej na jego temat. Ostatnio tak przyzwyczaiła się do ataków PIS, że nie atakowana całkowicie traci inicjatywę. A może po prostu boi się przyznać do tego, że chodzi o większą możliwość korzystania ze sponsoringu?

Zupełnie fundamentalne znaczenie ma pytanie o jednomandatowe okręgi wyborcze. Nie podzielam poglądu Kukiza, że JOW są lekarstwem na wszystkie bolączki, ale uważam, że są krokiem w dobrym kierunku. Jednomandatowe okręgi wyborcze przybliżą kandydujących polityków do wyborców. Każdy, kto był w lokalu wyborczym pamięta te olbrzymie broszury albo płachty papieru wypełnione nazwiskami. W okręgu wielomandatowym są to dziesiątki, jeśli nie setki nazwisk. Spośród nich wyborca ma odszukać jedno, jedyne. A nazwiska są tak podobne… Czy to jest ten Jan Kowalski, czy to jest inna osoba o tym samym nazwisku? W tłumie łatwo o pomyłki. Wykorzystują to specjaliści od marketingu i nabierają na podobnie brzmiące nazwiska. Namawiają znanych sportowców, aktorów, popularnych piosenkarzy do kandydowania. Partiom chodzi o znaczek przy nazwisku, więcej znaczków – więcej mandatów dla nas. Polityka nie ma znaczenia. Ostatnio ze zdumieniem dowiedziałem się, że polityk z pierwszego szeregu krajowego musi ustępować miejsca popularnemu sportowcowi. To jest wyłącznie marketing, polityka nie ma z tym nic wspólnego.

Nic dziwnego, że coraz mniej ludzi idzie głosować. Wyborcy czują się manipulowani, lekceważeni: nikt nie chce z nimi poważnie rozmawiać. Głośne tubobusy jeżdżące po kraju są wyłącznie przedsięwzięciem propagandowym. Wśród niektórych panuje opinia, że osoby nie idące na wybory same eliminują się z polityki i to jest korzystne dla tych, którzy w wyborach uczestniczą. Z pozoru mają rację: im mniej ludzi głosuje tym ważniejszy jest głos tych, którzy pójdą na wybory. Mylą się sądząc, że ludzie nie idący na wybory eliminują się z polityki. Nie można wyeliminować części społeczeństwa z życia politycznego. Jeśli ludzie nie pójdą z kartkami do głosowania, to pójdą – w razie kryzysu – z petardami, kamieniami, koktajlami Mołotowa. Mamy tego przykłady. JOW są nadzieją, bo nie dają możliwości wystawiania tak dużej liczby kandydatów, bo utrudniają manipulacje spin doktorów, bo umożliwiają wyborcy poznanie każdego kandydata, bo zmuszają do prawdziwego dialogu z wyborcami.

Ostatnio nawet Paweł Kukiz zapomniał o swoim sloganie z wyborów prezydenckich i dołączył do partii mamiących wyborców znanymi nazwiskami. W wyborach do sejmu zaproponował kandydaturę znanego rapera. Oglądałem. Żenada. Podobno montuje silną ekipę złożoną ze znanych wokalistów, perkusistów, gitarzystów basowych. Jeszcze nie wszedł na polityczne salony, a już ochoczo dołączył do tańca chochołów uprawianego z lubością przez liderów partyjnych. Pamięć polityków bywa zdumiewająco krótka…

A maszyna referendalna już się rozpędziła; w niedzielę zostaną otwarte tysiące lokali wyborczych, wydrukowano miliony kartek, zatrudniono dziesiątki tysięcy osób, miliony pójdą głosować. A ja myślałem, że polityka to nie plac zabaw w przedszkolu, gdzie można co chwilę zmieniać zabawki…

Tomasz Ziółek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *