Szkolne kłopoty – list Tomasza Ziółka w sprawie 100-lecia ZS im. Piotra Skargi w Szamotułach

Tomasz Ziółek  uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego nr 54  w Szamotułach, dziś Zespołu Szkół im. ks. Piotra Skargi w Szamotułach. Przeczytajcie, jak ciepło wspomina swą naukę w szkole. Pisze też o swoich ówczesnych problemach, do których po latach chętnie by wrócił

Akademia Wiem Wronki Rynek 9

Szkolne kłopoty

Swoją naukę kaligrafii rozpoczynałem od klasycznych wzorów pokazywanych w elementarzu Falskiego i pisząc piórem ze stalówką maczaną w kałamarzu. Aż trudno dzisiaj uwierzyć, że na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku tak pisali wszyscy uczniowie.  Niezależnie o tego jaką miałem stalówkę i jakiego  używałem atramentu zawsze bazgrałem i moje pismo było trudne do odczytania, litery nierówne, pochylone w różne strony.  Bardzo często  zdarzały się kleksy, a marginesy, które wtedy kreśliliśmy za pomocą linijki, były koślawe. Narzędzia pisarskie nie chciały mnie słuchać, niezależnie od tego jak się starałem. Jeśli na pierwszej stronie udało się narysować prostą i równą kreskę marginesu, to na drugiej była ona ukośna, czasami stalówka sama odskakiwała od linijki i margines wyginał się jak wąż. Trzeba było wtedy rysować drugą kreskę, a czasem trzecią, wszystko, żeby skorygować poprzednie niedokładności. Sęk w tym, że korekty wcale nie poprawiały wyglądu moich marginesów, najczęściej bywało dokładnie odwrotnie – po korekcie zeszyt wyglądał jeszcze gorzej.
W późniejszych latach zaczęliśmy używać wiecznych piór, które bardziej konserwatywni nauczyciele przyjmowali z niechęcią, bo podobno psuły one charakter pisma. Nie wiem dlaczego, bo mi nie zepsuły, nie miały zresztą czego. Z przykrością muszę przyznać, że również nie poprawiły, a dodatkowo były powodem stale poplamionych atramentem rąk. Te kłopoty z gumkami i tłoczkami… Jak tu sobie radzić w szkole mając takie problemy?

Otwarcie przyznaję, że prowadzenie zeszytów było dla mnie przez cały okres nauki szkolnej prawdziwą zmorą i jestem do dzisiaj niezmiernie wdzięczny wszystkim moim nauczycielom  za to, że wiedząc z pewnością o tej mojej słabości dawali mi szansę i cierpliwie odczytywali moje bazgroły.
Nauczycielki języka polskiego liceum w Szamotułach miały zwyczaj, by pod koniec roku szkolnego sprawdzać prowadzenie zeszytów i w kolejności alfabetycznej zbierały je od uczniów.  Co roku czekałem aż dojdą do litery „z” i po sprawdzeniu jakości mojego zeszytu wybuchnie skandal na całą szkołę.  I tak, oczekując na zdemaskowanie mojej skłonności do bazgrolenia  co roku miałem miesiąc stresu. Oddychałem z ulgą dopiero po wystawieniu oceny rocznej, kiedy wiedziałem, że żadne zeszyty nie będą sprawdzane. Tak się złożyło, że ani Ewa Budzyńska, która uczyła mnie w ósmej klasie, ani Elwira Dobkowicz, która uczyła mnie w następnych klasach nie dotarły do litery rozpoczynającej moje nazwisko. Przypadek, który zdarzał się naszym profesorkom co roku.

Do Liceum Ogólnokształcącego w Szamotułach trafiłem jako niedoszły uczeń Technikum Drogowego w  Poznaniu i jestem pewien, że trafiłem do odpowiedniej szkoły. Uniknąłem nauki zawodu, do którego nie miałem predyspozycji. W owych czasach  podstawowym przedmiotem w technikum był rysunek techniczny, co oznacza, że przy moich problemach z kaligrafią i precyzyjnym rysowaniem miałbym w nim słabe szanse na sukces.  Całe szczęście, że uczniem technikum byłem tylko jeden dzień, bo natychmiast po inauguracji roku szkolnego pojechaliśmy z mamą do Szamotuł  i poprosiliśmy dyrektora Stefana Pawelę o przyjęcie do liceum. Przyczyną naszej nagłej decyzji była odmowa przyjęcia do internatu technikum, co zakomunikowano dopiero w pierwszym dniu nauki. Codzienne dojeżdżanie z mojej wioski do Poznania było wtedy niemożliwe: 4 km z Psarskiego na stację do Nojewa, jazda pociągiem do Poznania z przesiadką w Szamotułach i wreszcie dojazd tramwajem do szkoły w okolicy ogrodu botanicznego. Wyjazd z domu około godziny 5 rano, powrót po 22.
Będący postrachem zarówno uczniów, jak i nauczycieli, dyrektor liceum, widząc rozpacz w naszych oczach bez wahania zgodził się na przyjęcie mnie do szkoły.  Powiedział tylko, że mogę być przyjęty do klasy z językiem angielskim, bo klasa z łaciną była już pełna. Jego zdaniem niemożność uczenia się łaciny była niewątpliwym minusem i kładła wielki cień nad moją przyszłością edukacyjną.

W liceum nie było rysunku technicznego i dzięki temu moje problemy z bazgroleniem zeszły na dalszy  plan. Przy pisaniu prac klasowych bardzo się mobilizowałem i starałem się pisać drukowanymi literami. Z ortografią również nie miałem większych problemów, chociaż w tych latach nie mieliśmy tylu słowników, a o edytorach tekstu nawet nie marzyliśmy.  Po prostu dużo czytałem i starałem się zapamiętać pisownię wyrazów, a jeśli nie byłem pewny pisowni jakiegoś wyrazu, to szukałem go w moich lekturach.
Pewnego razu ta droga zdobywania wiedzy zaprowadziła mnie na manowce, mianowicie szukając pisowni wyrazu cmentarz zajrzałem do „Pana Tadeusza” i napisałem ten wyraz tak, jak go pisał nasz wieszcz narodowy. A pisał o … smętarzu. Moja profesorka od języka polskiego, Elwira Dobkowicz mój błąd oczywiście wychwyciła,  rozpoznała również źródło mojej inspiracji Wyraz  podkreśliła,  ale nie na czerwono. W krótkiej recenzji, którą dołączała do każdej pracy napisała, że w ten sposób pisał Adam Mickiewicz, ale dzisiaj już tak się nie pisze… i nie obniżyła stopnia. Najwyraźniej doceniła moje wysiłki, których nie udało się zakończyć stuprocentowym powodzeniem. Myślę, że jestem żywym dowodem na to, że można przezwyciężyć różne problemy szkolne. Pisać kaligraficznie nauczyłem się dopiero wtedy, gdy zacząłem używać komputera, tym niemniej pisać poprawnie nauczyło mnie szamotulskie liceum. Nasze polonistki kładły nacisk na to, by nasze wypracowania przekazywały myśli, a nie tylko słowa. Nie wystarczała sama erudycja, albo skromniej mówiąc, znajomość lektury i wyśmienity styl;  jeśli uczeń marzył o dobrej ocenie musiał napisać na temat.

Zajęcia szkolne odbywały się 6 dni w tygodniu, a w niedzielę… A w niedzielę jeździliśmy do różnych miejscowości  na zawody sportowe. Były to czasy, gdy najpopularniejszym sportem w Polsce była lekkoatletyka i sport ten był chętnie uprawiany w szkołach średnich.  Istniały wtedy lekkoatletyczna liga młodzików i liga juniorów, zawody obu lig odbywały się zawsze w niedzielę. Nauczyciel wychowania fizycznego jeździł z nami na zawody, co oznaczało, że  Marian Wawrzyniak wiosną i jesienią pracował 7 dni w tygodniu i nie pamiętam, by kiedykolwiek skarżył się na przemęczenie. Bardzo często towarzyszył nam nauczyciel przysposobienia obronnego  Konrad Roszczak. Nawiasem mówiąc, mogę dzisiaj zdradzić, że na wielu lekcjach przysposobienia obronnego odbiegał on dość mocno od tematu i przenosił się w świat antyku, a my z nim. Nasz profesor miał dar opowiadania i pamiętam swoje rozczarowanie,  gdy sam zagłębiłem się w lekturę „Wojny galijskiej” Juliusza Cezara, którą nasz profesor tak ciekawie opowiadał właśnie na lekcjach przysposobienia obronnego.

We wrześniu tego roku moja szkoła, Liceum Ogólnokształcące nr 54  w Szamotułach, dziś Zespół Szkół im. ks. Piotra Skargi,  będzie obchodzić 100 lecie swego istnienia.
W 1959 roku gdy rozpoczynałem w niej naukę, szkoła miała tylko 40 lat, można powiedzieć, że była hożą czterdziestolatką.
Byliśmy rocznikiem, który urodził się w roku zakończenia wojny i nie było jeszcze w szkole  tłoku spowodowanego  powojennym wyżem demograficznym. Wszyscy się znali, żaden uczeń nie był  anonimowy i nauczyciele poświęcali każdemu dużo uwagi. W szkole widoczny był podział na trzy grupy: miejscowi – szamotulanie, wronczanie i “jaśki”. Ta ostatnia nazwa pochodziła od “jaśka”, czyli pociągu z kierunku “Jaśkowa”, czyli z Ostroroga.  Ja dojeżdżałem z Nojewa i należałem do grupy “jaśków”, bo przyjeżdżałem “jaśkiem”, obowiązkowo w wagonie dla młodzieży szkolnej.
W czasie lekcji te podziały nie miały żadnego znaczenia, zresztą z upływem lat coraz bardziej się zacierały i przy doborze grup przyjaciół ważniejszą rolę zaczęły odgrywać inne czynniki.

Dziś, będąc w sile wieku (z coraz większym naciskiem na wieku, a coraz mniejszym na sile)  ciepło wspominam naszą szkołę i  miasto mojej młodości.

Pomyśleć, że to było ponad pół wieku temu…

A kłopoty? Gdyby tylko chciały wrócić…

Tomasz Ziółek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *