W kwestii pomocy zwierzętom w weekend mamy wiele do zrobienia…
Pani Zuzanna próbowała znaleźć pomoc dla chorego liska, który wszedł na Jej posesję w miejscowości Chojno Błota. Próbowaliśmy wspólnie – ja medialnie, Ona próbowała dodzwonić się do instytucji odpowiedzialnych za pomoc. Powstały z tego dwa wpisy na Fb Wronieckiego Bazaru, które przez weekend wygenerowały ponad półtora miliona wyświetleń na całym świecie (!) i ponad dwa tysiące komentarzy, z których ponad pięćset musiałam usunąć ze względów na niecenzuralne lub niehumanitarne wypowiedzi. Sprawa w poniedziałek ma swój dalszy ciąg. A poniżej zapis Pani Zuzanny prób pomocy zwierzęciu, podejrzewanemu o wściekliznę…

Szanowni Czytelnicy WB Wroniecki Bazar
Lisek, niestety, nie przeżył nocy…
Pani Zuzanna opisuje jak próbowała zwierzęciu pomóc, ile telefonów wykonała. Większość na próżno. Chyba mamy w tej kwestii wiele do zrobienia…
Pani Zuzanna napisała:
„- Dzień dobry, czy mogę mieć prośbę, aby wstawić tą wiadomość w komentarzu do akcji z liskiem? Chciałabym wszystko szczegółowo wyjaśnić, aby zapobiec niechcianym plotkom i teoriom spiskowym, a także na przyszłość pomóc innym.”
OD POCZATKU:Lis widziany był na drodze leśnej ok. godziny 13.oo. Był słaby, słaniał się na nogach, nie bał się człowieka, podchodził do samochodu. Z godziny na godzinę zaczął zbliżać się do drogi dojazdowej na posesje. Około godziny 14.oo-14³⁰ był już bardzo blisko. Wykonaliśmy wtedy telefony do:– Nadleśnictwa Wronki. Bez odbioru.– Leśniczego z Leśnictwa Chojno. Bez odbioru,– Podleśniczego z Leśnictwa Chojno. Telefon został odebrany, usłyszeliśmy, że oni się tym nie zajmują, ale mamy zadzwonić do Straży Miejskiej– Straży Miejskiej na numer alarmowy 986, który nie działał, później dzwoniliśmy na telefon podany do patrolu. Bez odbioru.– Na numer alarmowy 997, który podał nam numer na komisariat policji we Wronkach, żebyśmy skontaktowali się w tej sprawie z najbliższym komisariatem.– Telefon na komisariat policji we Wronkach został automatycznie przekierowany na komisariat do Szamotuł, gdzie uzyskaliśmy informację, że zostanie przez nich wykonany telefon do Powiatowego Weterynarza.– Po krótkiej chwili Policja z Szamotuł oddzwoniła z informacją, że weterynarz został poinformowany i wdraża swoje procedury.Ostatni kontakt był o 14⁵². Po tych wszystkich telefonach czekaliśmy na rozwój sytuacji.Po godzinie 16.oo wykonaliśmy ponownie telefon na Komisariat Policji w Szamotułach informując, że lis znajduje się na drodze dojazdowej do posesji. Po raz kolejny usłyszeliśmy odpowiedź, że sprawą zajmuje się weterynarz. Nadal czekaliśmy na rozwój sytuacji.Po godzinie 17.oo po raz pierwszy próbowaliśmy dodzwonić do do Powiatowego Inspektoratu Weterynarii na numer do spraw pilnych. Wykonaliśmy łącznie trzy telefony, każdy pozostał bez odpowiedzi.Po tych telefonach lis coraz bardziej zaczął zbliżać się do zabudowań.Po 18.oo wykonaliśmy kolejny telefon na Komisariat Policji w Szamotułach ze względu na obecność lisa na posesji prywatnej. Dowiedzieliśmy się wtedy, że skontaktują się z odpowiednimi osobami i dadzą nam znać. Co nie nastąpiło.Lis miał napady drgawkowe, szczerzył zęby, toczył ślinę z pyska, wykazywał zachowanie agresywne w stosunku do człowieka.Po godzinie 20.oo ponownie wykonaliśmy telefon na Policję w Szamotułach. Dowiedzieliśmy się, że nie mogą nic zrobić, nie mają na to sprzętu, a osoby, które mogłyby pomóc odmówiły takiej pomocy.O tej porze lis nie był w stanie utrzymać się na nogach, wciąż miał napady drgawkowe i się ślinił z wciąż otwartego pyska.Było nam szkoda cierpiącego zwierzęcia, któremu nie mogliśmy pomóc uśmierzyć bólu ani na własną rękę zakończyć jego mąk. Baliśmy się do niego podejść ze względu na jego stan i brak możliwości stwierdzenia co dokładnie mu jest. Wszystkie objawy wskazywały na wściekliznę, jednak nie byliśmy w stanie tego porządnie zweryfikować. Tak naprawdę mógł być po prostu ciężko chory.Zaczęliśmy na własną rękę szukać numerów telefonów do osób, które mogłyby pomóc. Niestety nikt nie odbierał.Udało się dodzwonić do TOZ Wronki przed godziną 22.oo.Pani pokierowała nas do skontaktowania się z fundacją Dziki SOR oraz do lekarza weterynarii z Pniew.Po udanym kontakcie SMS- owym z fundacją Dziki SOR zostaliśmy pokierowani do Ośrodka znajdującego się w Kościanie, który ma podpisaną umowę z Gminą Wronki, jeśli chodzi o dzikie zwierzęta. Po kontakcie z Ośrodkiem dowiedzieliśmy się, że umowa działa od poniedziałku do piątku w godzinach 7.oo-15.oo i zostaliśmy skierowani ponownie do skontaktowania się z Policją.W międzyczasie próbowaliśmy się dodzwonić do Gabinetu weterynaryjnego do Pniew, nikt nie odebrał.Około wpół do jedenastej wieczorem ponownie skontaktowaliśmy się z Policją. Poinformowali nas, że weterynarze odmówili pomocy, a oni sami nie potrafią nam pomóc.Zdesperowani zaczęliśmy dzwonić do Leśniczych z innego Nadleśnictwa. Odebrał przesympatyczny Pan, który polecił nam wykonać telefon do kolejnego leśniczego z naszych okolic.Udało się skontaktować ze wskazanym leśniczym, który jako jedyny zainteresował się nasza sytuacją, przyjechał mimo późnej pory, poradził jak możemy zabezpieczyć zwierzę przed innymi drapieżnikami oraz wytłumaczył, że nie można go odstrzelić na prywatnej posesji, ponieważ polowanie na takowej jest zabronione.Rano zobaczyliśmy, że lis nie żyje. Leśniczy, który przyjechał do nas w nocy, ponownie się z nami skontaktował. Dopytywał o stan lisa, a gdy dowiedział się, że lis nie żyje, postanowił przyjechać i pomóc zabezpieczyć truchło. Polecił, abyśmy jutro skontaktowali się ze Strażą Miejską, aby przyjechali i zabrali wciąż leżącego na naszej posiadłości martwego lisa.Ciąg dalszy historii z lisem. Niedziela, po południu:Skontaktowała się z nami Pani z TOZ i podsunęła pomysł, żeby dzwonić dzisiaj na Powiatowy Inspektorat Weterynarii, gdzie nikt nie odbierał.Wojewódzki nie posiada numeru innego niż stacjonarny do biura, dlatego szukając dalej trafiliśmy na Centrum Zarządzania Kryzysowego, gdzie Panowie po zapoznaniu się z naszą sytuacją obiecali poinformować Powiatową.W miedzyczasie cały czas próbowaliśmy dodzwonić się na numer podany na nagłe sytuacje. Faktycznie, po chwili skontaktowała się z nami Pani weterynarz, która obiecała, że jeszcze dzisiaj pojawi się ktoś, kto zabierze lisa. Przyjechał Pan, który odebrał lisa, zdezynfekował miejsce, gdzie leżał, wyjaśnił wszystko (lis będzie przebadany) i pojechał.
Na koniec chcielibyśmy podziękować każdej osobie, która odebrała telefon i w jakikolwiek sposób pomogła lub próbowała pomóc.”










