Wronieckich grzechów głównych spis dogłębny, czyli tytułem wstępu…

Marek Lemiesz zapowiedział cykl swoich artykułów: „O wronieckich grzechach głównych”. Dziś spis dogłębny, czyli tytułem wstępu…

Dietetyk Wronki

Zacznę przewrotnie, bo od tłumaczenia się z tego, dlaczego postanowiłem podzielić się z innymi mieszkańcami Wronek swoimi przemyśleniami. Kilka przynajmniej ostatnich miesięcy utwierdza mnie bowiem coraz mocniej w przekonaniu, że w gminie dzieje się źle, i to pod wieloma względami. Że szereg aspektów lokalnego życia społecznego, samorządowego czy ekonomicznego degraduje się w tempie zastraszającym, a my, obywatele, stopniowo tracimy jakikolwiek wpływ na to, co na naszym terenie i wokół nas się odbywa, albo ma się wydarzyć w najbliższej przyszłości.

Zanim jednak usłyszę, że kierują mną ukryte, nikczemne intencje, że reprezentuję w gruncie rzeczy niewielki promil tych, którzy i tak pozostają wiecznie niezadowolonymi hejterami, że usiłuję zorganizować lokalny coup d’État, a za moim pośrednictwem znów jątrzy, prowokuje i mąci jakieś demoniczne „tendencyjne medium”, już spieszę wyjaśnić, skąd pomysł na ów cykl tekstów, który zamierzam zaprezentować. To jedno słowo-klucz: partycypacja obywatelska.

Najwyższa pora uświadomić sobie istotę jednego z fundamentów demokracji, o którym wielu z nas chyba całkiem zapomniało: jako mieszkańcy tej gminy, czynni wyborcy, społeczność lokalna, w znacznym stopniu to my stanowimy de iure pracodawcę wronieckiego Burmistrza, Rajców i innych organów naszego samorządu terytorialnego, którym zawierzamy swoje mienie i los. Stajemy się na co dzień adresatem ich działań administracyjnych i ekonomicznych, ponosimy skutki złej organizacji, błędnych decyzji czy biurokratyzacji, albo zbieramy profity, płynące ze sprawnego i perspektywicznego zarządzania. W demokratycznym, pluralistycznym społeczeństwie obywatelskim prawo gwarantuje nam zatem udział w tych procesach decyzyjnych i ich kształtowanie tak, aby nachylano się nad naszymi potrzebami i realizowano nasze cele, a nie cele różnych zewnętrznych grup interesów. Możemy to czynić (przynajmniej teoretycznie) na różne sposoby: poprzez swoich przedstawicieli w Radzie, przez bezpośrednie włączanie się w realizację zadań publicznych, jak również na drodze opiniodawczej, konsultacyjnej i kontrolnej.

Nie od dziś obserwujemy w Polsce kryzys zaufania do wiarygodności tradycyjnych modeli przedstawicielstw samorządowych, toteż nic dziwnego, iż właśnie ostatnia z wymienionych wyżej metod działania obywatelskiego staje się coraz bardziej popularna. Na tym polega public governance, czyli zarządzanie przez współdziałanie społeczne, oparte na tworzeniu sieci publicznych, w których spotkać się mogą z organami administracji najróżniejsi zaangażowani interesariusze: organizacje pozarządowe, przedsiębiorcy, a także zwykli mieszkańcy – każdy z nas. Mamy prawo zadawać pytania, wyrażać wątpliwości, formułować postulaty i rozliczać rządzących. Mamy prawo oczekiwać przejrzystości, równego traktowania obywateli i solidaryzmu społecznego. Mamy prawo do pełnoprawnego partnerstwa, publicznego dialogu i negocjacji, nastawionych na osiągnięcie konsensusu, nie na odhaczenie pozycji w obowiązkowej liście procedur administracyjnych.

Zgodnie z ustawą o samorządzie gminnym, ma on być dostawcą usług publicznych dla obywateli, co oznacza również, nawet może przede wszystkim, zaspokajanie lokalnych potrzeb społecznych. Obserwując, z roku na rok zresztą coraz uważniej, sposób zarządzania wroniecką gminą, mam nieodparte wrażenie, iż nasza władza w swej pracy kieruje się zgoła innymi kryteriami. Z początku starałem się tłumaczyć sobie samemu, iż pewnie nie wynikają one z apodyktyczności decydentów czy przypadkowości ich decyzji, ale może raczej z innego spojrzenia na istotę samorządności i jej narzędzia wykonawcze. Założyłem sobie nawet, że są to, wybiórczo użyte, elementy doktryny tzw. nowego zarządzania publicznego, czyli stosowania w administracji metod przeniesionych z sektora biznesowego i mechanizmów rynkowych, na czele ze stricte ekonomiczną oceną efektywności działań. Niestety, koncepcja nowego zarządzania już wiele lat temu przerdzewiała, okazała się nieprzystawalna do realiów i dziś silnie ewoluuje – właśnie na rzecz włączania współzarządzania i partycypacji. W opublikowanej w roku 2012 „Strategii rozwoju kraju do 2020 roku” jako jeden z głównych priorytetów administracyjnych wskazano „przyjęcie dialogu jako metody wypracowywania rozwiązań w zakresie istotnych elementów życia społeczno-gospodarczego”.

Co więcej, zapis o konieczności partycypacji społecznej znalazłem nawet, ku własnemu niekłamanemu zdziwieniu, w „Lokalnym Programie Rewitalizacji Miasta i Gminy na lata 2016-2022”. Cytuję: „Posiadanie precyzyjnego Programu całości procesu rewitalizacji daje możliwość odnoszenia się do niego na każdym etapie działania (…) uważność w obserwowaniu potrzeb, jak i możliwości wszystkich uczestników procesu może zwiększyć jego skuteczność i pomóc w uniknięciu wielu barier, czy problemów”. I dalej: „…włączanie interesariuszy odbywać będzie się na zasadach aktywnego włączania poszczególnych grup (organizacje pozarządowe, przedsiębiorcy i inni) w proces Rewitalizacji”. Bóg mi świadkiem, że nie mam zielonego pojęcia, jak można to wszystko odnieść chociażby do ostatnich, kontrowersyjnych wydarzeń, jakie toczyły się wokół zagospodarowania terenu GS-ów, wywłaszczeń z ogródków działkowych, projektu nowowiejskiej szkoły, wcześniej zaś – wronieckiej obwodnicy czy odwodnienia Stróżek. Zresztą, paradoksalnie, za jeden z kluczowych instrumentów partycypacyjnych uznaje się powszechnie budżet obywatelski samorządów, który we Wronkach zakończył się serią kompromitacji, ukoronowanych totalną klapą, a przy okazji najlepiej unaocznił mieszkańcom Górki, i nam wszystkim, jak w gruncie rzeczy mało istotny jest dla naszych włodarzy głos z dołu. Postawię, piszę to absolutnie serio, butelkę drogiego wysokoprocentowego alkoholu temu, kto wyjaśni mi, jak zrozumieć to w kontekście służebnej wobec obywatela misji administracji publicznej.

We Wronkach powstawały w przeszłości, i powstawać będą dalej, kolejne „Strategie rozwoju miasta i gminy” – nic w tym dziwnego, skoro taki obowiązek na administrację lokalną nakłada Ustawa o zasadach prowadzenia polityki rozwoju. W założeniu prawodawców strategia miała być podstawą skutecznego zarządzania i planowania działań długookresowych w gminie, perspektywicznym dokumentem „rozwiązującym dzisiejsze problemy przez pryzmat przyszłości”, jak to ładnie czasem się określa, a przy tym wykorzystywać winna analizę i wybór spośród alternatywnych opcji rozwojowych gminy. Jakie różne opcje analizuje się w przypadku naszej gminnej strategii? Kto i z kim je kiedykolwiek przedyskutował? Jakie konkretne kierunki lokalnego rozwoju na przyszłość się wyznacza? Zajrzyjcie, proszę, do strategii, przygotowanej na lata 2014-20, a opublikowanej na stronie UMiG: kilkadziesiąt stron to zwykły, nie wnoszący niczego opis statystyczny gminy, natomiast właściwa „wizja” zajmuje stron niespełna 10 – na dodatek jest to tekst pełen ogólników i niewypełnionych żadną konkretną treścią ustępów typu copy/paste, wymieniających jednym tchem hasła takie, jak: rozwój zasobów ekonomicznych, przyjazność mieszkańcom, czyste środowisko, nowoczesną infrastrukturę, funkcjonalną przestrzeń publiczną… Kurczę, czy istnieje gdziekolwiek jakakolwiek gmina, oficjalnie stawiająca na przestarzałą infrastrukturę lub zanieczyszczenia środowiskowe?…

W przeciwieństwie do prezydentury (amerykańskiej czy choćby polskiej), gdzie ponoć w pierwszych latach walczy się o zdobycie drugiej kadencji, a w drugiej kadencji o chwalebne miejsce w historii, nasza demokracja samorządowa wykształciła mechanizm boleśnie zauważalny również we Wronkach: nie narodzi się w gmachu na Ratuszowej żadna sensowna czy odważna koncepcja rozwoju miasta, bo takie wizjonerskie propozycje mogłyby okazać się dla obecnej władzy zbyt ryzykowne. Pod koniec obecnej kadencji natomiast, jak zawsze, zaczną się nerwowe podrygi i gorączkowe poszukiwanie jakich bądź przedsięwzięć, którymi przed wyborami uda się znów spektakularnie ukoronować kolejną cztero- czy pięciolatkę. Najlepiej zilustrowała to dwa lata temu „heroiczna” walka o ukończenie bulwaru przed wyborami samorządowymi, którą nieubłaganie pokrzyżowała geomorfologia terenu.

Od kilku miesięcy trwają prace nad nową strategią, tym razem na lata 2021-27. Podobno, czytam w lokalnych mediach, w ramach warsztatów zaproszono do współtworzenia tego dokumentu „organizacje społeczne i przedsiębiorców”. Czyli kogo? Poprzednim razem przynajmniej odbyła się seria spotkań z mieszkańcami. W tym roku (czyżby wykorzystując jako wygodny pretekst pandemię?) Urząd ograniczył się do umieszczenia na swojej stronie www ankiety, która dostępna była on-line, jak rozumiem, całe… trzy tygodnie. Do ilu z Państwa dotarła informacja o możliwości wypowiedzenia się w ten sposób? Ilu z nas nie sięgnie do takiej choćby formy głosu, bo z Internetu nie korzysta lub nie śledzi regularnie portalu gminnego?

Patrzę na zdjęcie tych dwudziestu paru osób nas reprezentujących, które mają strategię redagować. Większość z nich znam, znam też ich punkt widzenia na działania obecnej ekipy rządzącej. Mam więc poważne wątpliwości, czy jest to dobór w jakikolwiek sposób obiektywny. Aż chciałoby się zapytać, dlaczego pominięto wielu innych niepokornych interesariuszy. Tak, myślę o działkowcach, członkach spółdzielni, przedstawicielach niepełnosprawnych, biznesu lub o mieszkańcach „niepewnych i zbuntowanych” lokalizacji, którzy przypadkiem mogliby mieć zdecydowanie inne od mainstreamowego zdanie w różnych kwestiach.

Zresztą, nie chodzi już nawet o to, że prawdopodobnie znów partycypacja pozostanie tylko w warstwie deklaratywnej Urzędu. Problem w tym, iż w gruncie rzeczy znikome są szanse na stworzenie jakiegokolwiek naprawdę dobrego dokumentu planistycznego, skoro i tak w kształtowaniu ostatecznej wersji główną rolę odgrywać będzie de facto władza wykonawcza, czyli Pan Burmistrz. Czy nie szkoda czasu i papieru na taką atrapę strategii, jak ta sprzed pięciu lat?  Wronki już naprawdę niczym więcej nie mogą nas zaskoczyć?…

Zdobyłem ostatnio, nieskromnie to może zabrzmi, pewne doświadczenie w tej, nieco perwersyjnej skądinąd, grze z rodzimą władzą samorządową – to samo zresztą mogłoby powiedzieć wiele innych osób, działających społecznie na rodzimym gruncie. Przekonałem się, że czasem jednak udaje się zwrócić uwagę na jakieś problemy, podsunąć pomysły na działanie, i władza skwapliwie z tych podszeptów korzysta, choć oficjalnie się do tego nie przyznaje. W krótkim cyklu „Wronieckich grzechów” postaram się zatem zwrócić Państwa uwagę na kilka najważniejszych (biorę pełną odpowiedzialność za użycie tego właśnie słowa) patologii, jakie sami sobie we Wronkach wyhodowaliśmy. To pierwszy krok. Co dalej?

Oczywiście, nie wszyscy z Państwa muszą się ze mną zgadzać. Zdaję sobie sprawę, iż części mieszkańców obecna sytuacja w gminie odpowiada i nie widzą oni powodów do niezadowolenia. Inni z kolei może wskażą następne wronieckie grzechy i grzeszki, które pewnie umknęły mojej uwadze, a które warte będą napiętnowania. Tak czy inaczej, niech w ten sposób stworzy się pole do jakiegoś realnego dialogu na linii społeczeństwo – władze samorządowe. Sensownej dyskusji – merytorycznej, pozbawionej inwektyw, karalnych gróźb o naruszenie nietykalności cielesnej, bez niewybrednych komentarzy co do uczciwości biznesowej adwersarzy, umiarkowanego potencjału intelektualnego ich latorośli, niemoralnego prowadzenia się współmałżonków i rodzicielek, tudzież oskarżeń o urzędnicze „branie w łapę” bądź chamskie czyhanie na wolne posady w Urzędzie.

Byłoby idealnie, gdyby ta dyskusja mogła w przyszłości przybrać formę jakiegoś otwartego forum – w realu lub choćby w przestrzeni wirtualnej. Radny szamotulski Paweł Łączkowski, mój dawny licealny profesor, jakiś czas temu utworzył na Facebooku grupę dyskusyjną, poświęconą rewitalizacji rynku w naszym mieście powiatowym. Wejdźcie tam przy chwili czasu i zobaczcie, proszę, ile ciekawych opinii można usłyszeć od najzwyklejszych mieszkańców, gdy umożliwi się im wypowiedzenie w istotnych dla społeczności kwestiach. Oczywiście, sens tego działania widzę tylko wówczas, jeśli aktywnymi uczestnikami dialogu staną się też przedstawiciele samorządowej administracji i nasi przedstawiciele w Radzie. Jeżeli bowiem powstać miałaby wyłącznie platforma wspólnego, obywatelskiego narzekania, gderania i utyskiwania, które włodarze gminni ignorować będą swym ostentacyjnym milczeniem, albo dalej będzie się przekonywać ludzi, że możemy osiągnąć to czy tamto wyłącznie „grając w drużynie Burmistrza”, to darujmy sobie i lepiej idźmy na piwo…

Mam więc takie naiwne marzenie: podyskutujmy, rozdrapmy te rany do końca i choć częściowo oczyśćmy atmosferę. Podsumujmy sobie kolektywnie, co w naszej gminie uważamy za „spoko”, a co nas wkurza i spędza sen z powiek. Potem wszyscy posypmy łby popiołem – wroniecka władza za to, że w dużym stopniu ponosi odpowiedzialność za obecny stan rzeczy, a my – obywatele – że swoim zaniechaniem, wieloletnią biernością i brakiem społecznego zaangażowania do tego dopuściliśmy. A potem (bo o to przecież chodzi na końcu tej drogi) wyciągnijmy jakieś konstruktywne wnioski na przyszłość – uzmysławiając sobie wreszcie, że nasze dzisiejsze decyzje, rozsądne i perspektywiczne albo bezmyślne i obliczone na chwilowy blichtr, będą tak naprawdę tworzyć rzeczywistość, w której przyjdzie kiedyś żyć naszym dzieciom i wnukom.

Zatem do usłyszenia w czwartek, gdy zanurzymy się (a właściwie – unurzamy po szyję) w pierwszym z wronieckich grzechów…

Marek Lemiesz

komentarze 4

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *