Wronieckie grzechy główne. Grzech trzeci, czyli o braku dialogu

Prezentuję Państwu część trzecią „Wronieckich grzechów głównych” autorstwa Marka Lemiesza. Dziś bardzo aktualny „Grzech trzeci, czyli o braku dialogu”. Zapraszam do czytania i komentowania

Dietetyk Wronki

Pół wieku temu amerykańska badaczka Sherry Arnstein sformułowała słynną teorię ośmiostopniowej drabiny relacji pomiędzy „demokratycznie wybranymi” przywódcami a obywatelami. Otóż dwa jej najniższe szczeble dotyczą (czysto hipotetycznej) sytuacji, w której nie tylko nie ma miejsca żaden realny dialog na linii władza-społeczeństwo, ale do tego ta pierwsza, pragnąc zachować swą dominującą pozycję, dopuszcza się różnorodnych manipulacji socjotechnicznych. I tak na przykład powołuje się – rzekomo mające reprezentować mieszkańców – organy doradcze, które de facto nie mają żadnego wpływu na podejmowane przez włodarzy rozstrzygnięcia. Co więcej, nie pytając obywateli o zdanie w istotnych kwestiach, unikając wręcz otwartej dyskusji czy szukania rzeczywistych rozwiązań dla pojawiających się problemów (albo udając, że takowe nie istnieją), ekipa rządząca z góry zakłada, że ma monopol na nieomylność swoich decyzji. Na trzecim poziomie drabiny Arnstein znajdziemy anachronicznie rozumujące organy władzy, które wprawdzie informują o swoich działaniach, ale czynią to już na końcowym etapie, gdy ludzie i tak nie mogą mieć wpływu na bieg wydarzeń. Czy komuś z Państwa nasuwają się może jakieś skojarzenia?… Doprawdy?…

*

Wspomniałem już dwa tygodnie temu, że miasto wymyślono w jednym zasadniczym celu – aby zapewniało ludziom optymalne warunki do życia. Miejska przestrzeń jest wspólna, ale – paradoksalnie – nikt nie może jej sobie zawłaszczać. Nie jest więc jej jedynym właścicielem ani żaden burmistrz (jakiekolwiek rozbuchane nie byłoby jego ego), ani gigant przemysłowy, choćby był jednym z filarów lokalnej ekonomii. Nie mogą o przeznaczeniu któregokolwiek fragmentu miasta decydować samodzielnie, z wysokości swoich balkonów, lokatorzy okolicznych budynków, ale również właściciel terenu, pomimo prawa własności, w pewnym stopniu pozostaje ograniczony szeregiem przepisów, dzięki którym któregoś dnia nie zafunduje nam za płotem elektrowni jądrowej.

Jeszcze osiem lat temu zaledwie 25% mieszkańców przebadanych 200 gmin wykazywało zainteresowanie działaniami samorządu, a powszechne było przekonanie o znikomym wpływie obywateli na sprawy publiczne. Ta świadomość jednak ewoluuje wraz ze wzrostem aktywności najróżniejszych ruchów miejskich czy rad osiedlowych, zaangażowanych we współtworzenie własnego otoczenia. Obywatele AD 2020 nie tolerują lekceważenia i marginalizowania. Stajemy się z roku na rok bardziej świadomi tego, że miasto funkcjonuje po części również za nasze pieniądze. Coraz częściej domagamy się więc prawa do decydowania o tym, co i w jakiej formie wokół nas będzie się budować.

Naprzeciw powyższym postulatom wychodzi zasada tzw. nowego planowania przestrzennego, oparta na partycypacji, czyli współudziale obywateli w podejmowaniu decyzji o kształcie i kierunkach rozwoju architektoniczno-urbanistycznego. Ukuto nawet pojęcie „samorządu ułatwiającego” – nastawionego na budowanie otwartych relacji partnerskich na tym polu. Uspołecznione planowanie przestrzeni już od co najmniej dekady przestało być domeną wyłącznie dużych miast, dziś z powodzeniem wdrażają go w różnej formie także liczne gminy wiejskie i miejsko-wiejskie. Wroniecki Ratusz tymczasem, takie mam wrażenie i utwierdzają mnie w tym ostatnie wydarzenia, wciąż nie zamierza traktować mieszkańców jako poważnych partnerów w dyskusji, gdyż są niekompetentni, „wiecznie niezadowoleni”, kierują nimi jakieś niecne pobudki bądź, tak czy inaczej, stanowią czynnik utrudniający działania planistyczne.

Obowiązujące w naszym kraju przepisy, na czele z Ustawą o planowaniu i zagospodarowaniu przestrzennym, zapewniają obywatelom bezpośredni udział w przygotowaniu planu miejscowego dla terenu, a na samorząd nałożono wręcz administracyjny obowiązek zapewnienia minimum konsultacji społecznych, obejmującego m.in. zawiadomienie o przystąpieniu do sporządzania dokumentów, sposobie rozpatrzenia wniosków, jedno lub więcej wyłożeń projektu do publicznego wglądu, dyskusję publiczną (!) czy rozpatrzenie uwag i umożliwienie wglądu do dokumentacji. Ta wieloetapowość  ma gwarantować, że głos każdej ze stron zostanie autentycznie wysłuchany i, w miarę możliwości, uwzględniony, o ile tylko znajduje uzasadnienie merytoryczne i nie łamie prawa. Ile warte są te zapisy we wronieckich realiach, mogli przekonać się choćby rodzice nowowiejskich dzieci, którym władze gminne zamierzały zamknąć szkołę, następnie (na krótko przed wyborami) obiecały rozbudowę placówki, prezentując – świetne pod względem architektonicznym – projekty wstępne, a ostatecznie zaczęły budować coś zupełnie innego. Lub co poniektórzy mieszkańcy Stróżek, których dorobek życia zmarnowano niezbyt rozsądnie poprowadzoną obwodnicą, całkowicie ignorując to, co mieli w tej sprawie do powiedzenia.

Agencja Reklamowa Wronki

O sprawie działki Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” na Borku słyszał już chyba każdy. Żeby dodać historii pikanterii, przypomnę, iż jeszcze w roku 2017 Pan Burmistrz gorąco wspierał pomysł Spółdzielni, aby na tym terenie wybudować centrum handlowo-usługowe, spotykał się z potencjalnymi inwestorami i chwalił wizualizacją obiektu. Jednocześnie jednak, sąsiadująca z owym terenem Amica S.A. zaczęła wówczas poważnie interesować się zakupem tak atrakcyjnego gruntu pod rozbudowę swojej infrastruktury. Niestety, negocjacje z obecnym właścicielem co do ewentualnej ceny wykupu nie przyniosły skutku. I tutaj niespodzianie nasz Urząd zdecydował o wprowadzeniu zmiany w planie zagospodarowania przestrzennego rejonu ulic Mickiewicza, Dworcowej i Polnej, przekształcając dotychczasową funkcję usługowo-przemysłową terenu (zawartą wszak w pierwotnym ‘Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego miasta Wronki” z 2018 r.) na stricte przemysłową.

 

Jak wiemy wszyscy, nie chodzi tylko o jedną literkę – P zamiast PU – na planie. Taka zmiana nie tylko uniemożliwi spółdzielcom budowę wspomnianej galerii handlowej, ale też drastycznie obniży atrakcyjność działki dla jakiegokolwiek innego nabywcy poza którymś z dwóch pobliskich potentatów AGD. Są inne jeszcze aspekty tej sprawy: naruszając prawo właściciela do swobodnego dysponowania swoją nieruchomością, gmina naraża się na prawdopodobieństwo wypłaty niemałego odszkodowania – z naszych, jako podatników zasilających gminny budżet, kieszeni. Ponadto, proponowana zmiana planu uwzględnia wykonanie drogi, która ma połączyć ul. Mickiewicza z Dworcową, rozładowując natężenie ruchu na tej pierwszej. Do tego wymagana jest zgoda właścicieli Rodzinnych Ogródków Działkowych, przez które przebiegać ma nowy łącznik, a dla nich oznacza to wywłaszczenie i utratę komfortowej strefy zieleni, o którą wielu z nich dba od kilku pokoleń.

 

Obie główne strony konfliktu powołują się na, odmiennie jednak rozumiane, dobro mieszkańców i ich oczekiwania, ale czy odbyła się jakakolwiek otwarta debata, która wyjaśniłaby, czy wronczanom bardziej zależy na otwarciu centrum, czy na zmniejszeniu ilości pojazdów na Mickiewicza? Amica nie zjednała sobie zaufania spółdzielców i mieszkańców pobliskiego osiedla deklaracjami co do zamiarów budowy na działce „obiektów produkcyjno-magazynowych o niskim stopniu oddziaływania na środowisko”. Do tego sugestie holdingu o możliwej wyprowadzce z Wronek wiele osób z przykrością odebrało jako próbę delikatnego szantażu, nie przystającą chyba firmie, która od lat świadomie stawia w swej filozofii na tzw. społeczną odpowiedzialność biznesu. O lekceważącym stosunku Ratusza i konsekwentnym braku woli dialogu przekonało się za to kilkadziesiąt zainteresowanych osób, które w lutym pojawiły się na dyskusji publicznej o zmianie planu miejscowego. W obliczu nieobecności któregokolwiek z gminnych włodarzy, oburzeni obywatele opuścili salę, żądając ogłoszenia terminu kolejnego spotkania. Bez skutku. Za to w przyjętym przez Radę rozstrzygnięciu o sposobie realizacji inwestycji z rozbrajającą fantazją podkreślono, iż… „w dniu 20 lutego 2020 r. odbyła się dyskusja publiczna nad rozwiązaniami przyjętymi w projekcie planu”.

 

Smutną farsą niby-dialogu były wystąpienia przedstawicieli Amiki, spółdzielców i działkowców, a także reprezentujących ich mecenasów, przy okazji posiedzeń komisji i sesji Rady Miasta i Gminy. Smutną i tragikomiczną zarazem, gdyż ostateczny wynik głosowań i tak był przesądzony, skoro większość Radnych (zgodnie i harmonijnie niczym orkiestra Filharmoników Wiedeńskich) głosuje podług oczekiwań Pana Burmistrza, a kilkoro z nich związanych jest zawodowo z holdingiem. Czwartkowe odebranie przez Pana Przewodniczącego Rady prawa głosu obserwatorom sesji, krok iście godny demokracji w stylu białoruskim, a potem publiczny atak Włodarza miasta na występującą w imieniu członków Spółdzielni prawniczkę, z usilnym sprowadzaniem ad absurdum wyrwanych z kontekstu fragmentów jej wypowiedzi oraz wkładaniem w usta stwierdzeń, które nigdy nie padły, był już tylko żenującym ukoronowaniem wizerunkowego upadku naszej lokalnej władzy, której całą ta sytuacja rozpaczliwie zaczęła wymykać się spod kontroli.

O co tak naprawdę toczy się obecna gra wokół GS-ów i ogródków działkowych? O kilka milionów złotych, które może być wart ten grunt? O obywatelskie prawo do nienaruszalności własności prywatnej? O swobodny rozwój przestrzenno-inwestycyjny największego w gminie pracodawcy, o którego niewątpliwie troszczyć się należy? Choć nie umniejszam wagi tych wszystkich elementów, myślę, że istotą problemu jest coś zgoła innego: to mianowicie, jak będą wyglądać Wronki za dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat. Czy zamierzamy kształtować nasze najbliższe otoczenie zgodnie z cywilizowanymi standardami – dla ludzi, tworząc warunki do tego, żeby czuli się w swoim mieście po prostu dobrze, chcieli tu mieszkać i razem przebywać, bo „miasto to przestrzeń wspólnej obecności”? Czy też dalej będziemy nasz „fyrtel” zmieniać w industrialny krajobraz niczym Łódź czasów „Ziemi obiecanej” – z gigantycznymi halami magazynowymi, wtłaczanymi w sąsiedztwo ostatnich stref zieleni i zwartej zabudowy wielorodzinnej? Od lat przyjętą tendencją w urbanistce jest stopniowe przenoszenie przemysłu na peryferie, do różnych industrial zones, gdzie mogą nieskrępowanie rozwijać się, nie wchodząc w żadną interakcję z mieszkalno-rekreacyjnym charakterem śródmieścia i przedmieść. U nas zmarnowano ostatnie dwie dekady, nie robiąc zupełnie nic w kierunku wykorzystania potencjału terenów takich, jak Trynka, ZPZ czy pola pod Ćmachowem. Efektem tej krótkowzroczności są dziś problemy przestrzenne, które Urząd usiłuje naprawiać, oddając fabrykom nie tylko rejon GS-ów, ale również budując strefę przemysłową pod oknami mieszkańców Stróżek.

Jakkolwiek żywię duży szacunek dla Pana Radnego Bartosza Sobańskiego za jego rozsądek i zaangażowanie w sprawy społeczne, z ogromnym zdziwieniem wysłuchałem słynnego sesyjnego wystąpienia, w którym dokonał tak brawurowej interpretacji „zobiektywizowanych potrzeb lokalnych społeczności”, że aż na jego ołtarzu poświęcił kilkuset działkowców, tudzież mieszkańców osiedla na Borku, którzy za chwilę patrzeć będą z okien na szare ściany fabrycznego kompleksu. Tymczasem, zgodnie z przywołaną przeze mnie wyżej Ustawą o planowaniu, jego podstawą ma pozostawać ład przestrzenny, czyli „takie ukształtowanie przestrzeni, które tworzy harmonijną całość oraz uwzględnia w uporządkowanych relacjach wszelkie uwarunkowania i wymagania funkcjonalne, społeczno-gospodarcze, środowiskowe, kulturowe oraz kompozycyjno-estetyczne”. W tym samym akcie prawnym pada również wiele innych sformułowań, jak choćby „dotychczasowe przeznaczenie, zagospodarowanie i uzbrojenie terenu” czy „warunki i jakość życia mieszkańców”… Albo, że ”każdy ma prawo, w granicach określonych ustawą, do: 1) zagospodarowania terenu, do którego ma tytuł prawny, zgodnie z warunkami ustalonymi w miejscowym planie zagospodarowania przestrzennego”. Lub – to dalszy ciąg cytatu, na który powołał się Pan Radny: „Ustalając przeznaczenie terenu lub określając potencjalny sposób zagospodarowania i korzystania z terenu, organ waży interes publiczny i interesy prywatne, w tym zgłaszane w postaci wniosków i uwag, zmierzające do ochrony istniejącego stanu zagospodarowania terenu”.

Mam właśnie przed sobą załączniki do zaproponowanego przez Ratusz planu zagospodarowania, o który trwa wojna. Podczas czterech wyłożeń spółdzielcy, działkowcy, przedsiębiorcy i mieszkańcy zgłosili łącznie dwadzieścia trzy uwagi. Zdecydowana większość z nich została przez Pana Burmistrza odrzucona (rozstrzygnięta negatywnie) ze względów formalnych – bo „udział społeczeństwa w poszczególnych etapach procedury planistycznej został zapewniony”, albo dlatego, że uwaga „merytorycznie nie dotyczy ustaleń planu”. Wielka szkoda, że w żaden sposób nie nachylono się nad zgłaszanymi problemami: „proces powiadamiania o planie do wglądu a także o debacie pozostawia wiele do życzenia”, „plan zagospodarowania został sporządzony bez konsultacji z zainteresowanymi działkowcami”, „spotkanie (…) z działkowcami dotyczyło innego planu zagospodarowania”, „budowa drogi przez ogródki działkowe wiąże się z wykluczeniem tych użytkowników (…) ze społeczności działkowców” oraz „spowoduje iż ogrody działkowe tracą wszelkie swoje walory”, „dla osób w podeszłym wieku skutkować może całkowitym wykluczeniem”, „była mowa o ścieżce rowerowo-pieszej ale nie o drodze o szerokości 10m”, i tak dalej…

Taki jest kolejny z wronieckich grzechów: pycha, ale nie ta zwykła, ludzka, która „przed upadkiem kroczy”. Oto bowiem pycha spoglądająca na obywatela z wysokości urzędu, wpasowana w ramy procedur administracyjnych („Słuszność – maska pychy…”). Pycha, która – jak w omawianym dziś przypadku – bez skrupułów wręcz ociera się o jawną arogancję wobec zwykłych, szarych ludzi, bo przecież decyzja o nieuwzględnieniu uwag do projektu nie podlega zaskarżeniu do sądu administracyjnego. To pycha władz gminy powoduje, że głos mieszkańców, najbardziej zainteresowanych przyszłością swojego miejsca, nie może wybrzmieć, a ci, którzy mają odwagę występować, broniąc ich punktu widzenia, stają się obiektem publicznych napaści lub padają ofiarą drwiny.

Z batalii o GS-y nikt nie wyjdzie cało, i nie łudźmy się, że po ostatniej sesji Rady Miasta ktokolwiek może już czuć się zwycięzcą. Liczenie na to, że uparta Prezes Budzyńska-Radziszewska zdecyduje się teraz odejść na emeryturę, a dociekliwa radna Bartniczak-Ginalska złoży mandat, wydaje się równie oderwane od rzeczywistości jak to, że kolejne nawroty kryzysu pandemicznego mogłyby zmusić konsekwentnie i perspektywicznie myślące przedsiębiorstwo, jakim jest Amica, do wycofania się ze swoich planów rozwojowych. Natomiast arbitralnie podejmowane przez Pana Burmistrza próby zadecydowania o przyszłości tego terenu co najwyżej nasilą kryzys zaufania do lokalnej władzy. Czyli zafundowaliśmy sobie pat? Niekoniecznie.

Czwartkowa decyzja Rady cofa problem terenu na Borku do studium uwarunkowań przestrzennych, który – nie będąc aktem prawnym – ma charakter elastyczny. Na etapie tym pojawia się też audyt krajobrazowy, analizy środowiskowe, a także – ponownie – dyskusja publiczna. To, paradoksalnie, stwarza szansę na wspólne wypracowanie, tym razem na drodze dialogu, takiej koncepcji zagospodarowania przestrzeni spółdzielczej, która będzie efektem społecznego konsensusu pomiędzy właścicielem, mieszkańcami, firmami i samorządem, i przez wszystkich interesariuszy zostanie zaakceptowana. I dlatego to najwłaściwszy moment na dopuszczenie czynnika partycypacyjnego w postaci szybkich konsultacji społecznych.

Jedna z nowoczesnych metod wydaje się szczególnie warta rozważenia – tym bardziej, że w Europie Zachodniej czy za Oceanem (ale już i w Polsce) z powodzeniem stosuje się ją właśnie wówczas, gdy jakaś inwestycja budzi kontrowersje lub wymaga szerokiej akceptacji społecznej, ingeruje we własność prywatną lub wpływa znacząco na jakość życia, a żadna ze stron nie jest gotowa na ustępstwa. To warsztaty Charette. Ich zasada jest prosta: w intensywnych, czasem nawet kilkudniowych sesjach dyskutuje się, pod okiem neutralnego moderatora, wszystkie propozycje i pomysły, prezentuje różne punkty widzenia, analizuje pozytywne i negatywne aspekty na makietach czy wizualizacjach 3D, często rozbijając główny problem na mniejsze (np. wpływ na środowisko, warunki życia, estetyka), omawiane w grupach ze specjalistami. W trakcie prac zespoły regularnie przekazują sobie wzajemnie sugestie do uwzględnienia w dalszej ewaluacji. Sformułowane na zakończenie Charette wytyczne i wnioski stanowią dopiero bazę dla prac nad poprawkami w studium.

Życzyłbym z całego serca wronieckim Rajcom, żeby choć oni dostrzegli, iż przyszłością dla planowania ładu przestrzennego w naszym mieście i gminie nie jest ciągłe marginalizowanie wszystkich niezadowolonych, a pełne partnerstwo dialogu z mieszkańcami. Oraz żeby pamiętali, że mandat, który od nas otrzymali, oznacza również dzielenie odpowiedzialności za wszystkie moralne skutki podejmowanych decyzji, jakkolwiek poprawne wydawałyby się pod względem proceduralnym. I przypomnę jeszcze, że drzewiej w Rzeczypospolitej w salach sądowych i sejmowych wieszano pewną maksymę: „Sprawiedliwość waszą osądzę”…

Marek Lemiesz

Foto z archiwum „Wronieckiego Bazar”

komentarzy 7

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *