Wyrzucani na bruk przez właścicieli kwater w imię lepszych interesów…

„Nie jest to post pisany w imieniu wolontaryjnego sztabu pomocy uchodźcom we Wronkach. Piszę go w swoim własnym imieniu” – czytamy w poście Marka Lemiesza. Podpsuję się pod tym tekstem! O co chodzi? Otóż gdy tylko pojawiła się informacja, że za lokowaniem uchodźców będą szły jakieś pieniądze, kilka osób wynajmujących dotąd kwatery pracownikom wronieckich fabryk, nagle postanowiło się ich pozbyć, wyrzucając ich na bruk. Jest to oburzające! Dostałam w tej sprawie kilka telefonów. Staramy się pomóc, poszukując innych kwater, ale nie ma co ukrywać, we Wronkach staje się to prawie niemożliwe. I na ten właśnie temat jest wpis Marka Lemiesza

Dietetyk Wronki Praca w Samsung Wronki Oferty Pracy Wronki

 

Czas dla nas wszystkich jest trudny. Koszty żywności idą wciąż do góry, a ceny paliwa szaleją. Żyjemy w niepewności najbliższych miesięcy. W obliczu kryzysu migracyjnego, który tak naprawdę dopiero może do nas nadejść, jeśli mołojcy Władimira Władimirowicza nie będą bombardować korytarzy humanitarnych i nie odetną kolejnych setek tysięcy uchodźców od polsko-ukraińskiej granicy. Ludzie, którzy rządzą w tym kraju, bez względu na szczebel władzy, w większości nie mają elementarnej świadomości tego, z czym mamy właśnie do czynienia, a o czym już od dwóch tygodni wiedzą tysiące wolontariuszy, organizujących w całym kraju pomoc dla uchodźców.
Odebrałem już kilka telefonów od pracujących we Wronkach Ukraińców, którym właściciele wynajmowanych prywatnie mieszkań wypowiadają miejsca, spodziewając się gigantycznych pieniędzy za przyjmowanie pod swój dach uciekinierów wojennych. Drugą opcją jest płacenie dwukrotnie wyższej niż poprzednia stawki za wynajem.
Nie piszę o kilku przypadkach. Telefony to czubek góry lodowej. To się zaczyna dziać we Wronkach na większą skalę, jest zresztą tylko wycinkiem ogólnopolskiego zjawiska.
Wystarczyło kilka wzmianek prasowych o rozwiązaniach rozpatrywanych w przygotowywanej w Warszawie spec-ustawie, żeby wielu wronczanom zapaliła się lampka: 40 złotych dziennie = 1200 złotych miesięcznie za osobę. Interes życia. Trochę śmierdzący, bo stojący jedną nogą na ludzkim nieszczęściu. Nieważne, egzotyczne wczasy za parę miesięcy lub nowa bryczka zatrą resztki wyrzutów sumienia…
Skojarzenie ze szmalcownikami, którzy podczas okupacji za kilka złotych denuncjowali ukrywających się Żydów, korzystając ze sposobności na wzbogacenie się ich kosztem, jest mimowolne. Może nie takie konsekwencje, ale motywy zgoła identyczne.
Rozumiem, że pomocowa euforia i festiwal empatii większości z nas mija. Ale nie trzeba być gorliwie praktykującym katolikiem, nie trzeba wierzyć, że buddyjska karma wraca do każdego, kto innym wyrządza krzywdę. Nie trzeba nawet próbować wyobrażać sobie siebie samego i własnej rodziny w sytuacji tych ludzi – przerażonych, pobawionych wszystkiego, martwiących się o swoje jutro i o bliskich, pozostawionych tam, na wojnie. Wystarczy tak naprawdę prostsza argumentacja: żeby nawet w najbardziej ekstremalnych warunkach pozostać człowiekiem i nie być bydlęciem.
I jeszcze jeden gorący apel do tych odklejonych, którzy w ostatnich dniach uruchomili swoje pokłady resentymentów i historycznych uraz: bo Wołyń, bo polska krew, bo małe dzieci palone w stogach siana i kobiety z rozprutymi bagnetem brzuchami, bo sprawiedliwość dziejowa… Codzienne przyjeżdżają do Wronek kobiety z dziećmi. Załóżcie te swoje husarskie skrzydła i koszulki z Polską Walczącą, weźcie turbo-patriotyczne bagnety i idźcie w takim razie na dworzec i do hosteli, wyłupywać tym dzieciakom ich przerażone oczy, żeby dopełniło się zadośćuczynienie. A jeżeli tego nie robicie, to – z łaski swojej – tego rodzaju komentarze wsadźcie sobie dokładnie tam, gdzie promienie słoneczne żadną miarą nie dotrą.
Marek Lemiesz
1 komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.