Zygmunt Budzyński − ojciec, sędzia, więzień oflagu – cz.1

Świetny portal historyczny “Region szamotulski portal kulturalno – historyczny” zamieścił artykuł pani Ewy Krygier “Portret ojca − Zygmunta Budzyńskiego”. Pani  Ewa Krygier kreśli go na podstawie „okruchów”: rodzinnych opowieści i listów z oflagu. Wronki, gdzie ojciec pracował jako sędzia i gdzie się urodziła w 1933 r. to dla niej baśniowa kraina z dawnych lat, a Szamotuły − miasto, w którym mieszka od 1945 r., to po prostu rzeczywistość. Zapraszamy

Zygmunt Budzyński − ojciec, sędzia, więzień oflagu

część 1. Ewa Krygier, Portret Ojca

Moja wiedza o Ojcu składa się z informacji, czasem drobnych, a jego portret powstał w mojej głowie i sercu w nieznacznym tylko stopniu na podstawie moich własnych doświadczeń i obserwacji. Składają się na niego przede wszystkim wspomnienia najbliższej rodziny i znajomych, listy, pisane do nas regularnie przez sześć lat z oflagu, z których do dziś zachowało się zaledwie kilka, bo większość spłonęła w powstaniu warszawskim i wreszcie niezbyt liczne zdjęcia uratowane z wojennej pożogi.

Uświadomiły mi to dwie informacje o Ojcu, które dotarły do mnie w ciągu ostatnich miesięcy. Pierwsza dotyczy jego działalności w Lidze Morskiej i Kolonialnej. Z notatek prasowych, udostępnionych przez Muzeum Ziemi Wronieckiej, dowiedziałam się, że w 1933 roku mój Ojciec został prezesem miejscowego oddziału tej organizacji, która na kilkanaście dni przed moimi narodzinami zorganizowała we Wronkach bogate obchody Święta Morza.

„Gazeta Szamotulska”, 29.06.1933

Niedawno wpadły mi także w ręce dwie inne wzmianki prasowe dotyczące mojego Ojca. Na początku kwietnia 1933 roku w „Gazecie Szamotulskiej” ukazała się informacja, że „sędzia Budzyński otrzymał awans na sędziego okręgowego i przeniesiony zostaje do Poznania”. Okazało się to żartem primaaprilisowym, wyjaśnionym w kolejnym numerze w ten sposób: „We Wronkach ogólnie ceniony i lubiany p. sędzia Z. Budzyński będzie nadal urzędował. Na razie awansu na sędziego okręgowego nie było”. Dziennikarz o dwa lata wyprzedził rzeczywistość, sędzią okręgowym Ojciec został bowiem dwa lata później.

Bezpośredni kontakt z Ojcem miałam jedynie w pierwszych latach życia (Wronki: 1933-35, Poznań: 1935-38 i Warszawa: pierwsze półrocze 1939 r.) i niewiele z tych czasów pamiętam. Lato 1939 roku Ojciec spędził na ćwiczeniach wojskowych, a w końcu sierpnia wyruszył na wojnę. Spotkaliśmy się dopiero w listopadzie 1945 roku w Szamotułach, a po kilku dniach wyruszył do Gorzowa, bo tam właśnie otrzymał posadę sędziego i mieszkanie po niemieckim krawcu, który został przesiedlony w głąb Niemiec.

Rodzice postanowili osiedlić się na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Wpłynęło na to kilka przyczyn, głównie obawa o losy Ojca − przedwojennego sędziego i pracownika ministerstwa Sprawiedliwości − w nowej rzeczywistości politycznej. Bezpieczniej było wtopić się w masę ludności szukającej nowego miejsca do życia na ziemiach zachodnich.

Ojciec, zajęty organizowaniem sądu w Gorzowie oraz urządzaniem naszego przyszłego mieszkania, chyba tylko raz na 2 lub 3 dni w czasie Świąt Bożego Narodzenia 1945 roku pojawił się w Szamotułach. My: Mama, Babcia, brat i ja mieliśmy dołączyć do niego w lutym 1946 roku. Niestety, na początku lutego Ojciec zginął tragicznie − utonął w Noteci w drodze na sesję wyjazdową sądu w Drezdenku.

To zdjęcie poznałam dopiero w tym roku. Ojciec przemawiający na trybunie na uroczystości z okazji Święta Morza we Wronkach,
29 czerwca 1933 r. Obok przy motocyklu burmistrz Stanisław Ratajczak. Zdjęcie – własność Muzeum Ziemi Wronieckiej

Miałam wtedy 12 lat. Dlatego mój obraz Ojca to przede wszystkim zlepek opowieści o nim, a nie własnych obserwacji. I dlatego przez wiele lat sama „malowałam” na własny użytek jego portret. Co wiem na pewno o Ojcu, o którym zawsze w domu mówiło się „Tatuś”?

Był człowiekiem mądrym, ambitnym, wytrwale dążącym do obranego we wczesnej młodości celu. Urodził się w 1900 roku w Guźlinie, wsi graniczącej z Brześciem Kujawskim, w rodzinie zamożnego gospodarza. Miał starszą siostrę, która zmarła w dzieciństwie, oraz sześcioro młodszego rodzeństwa (4 braci i 2 siostry). To właśnie mój Ojciec miał przejąć gospodarstwo, ale on marzył o zdobyciu wyższego wykształcenia. Oświadczył, że rezygnuje ze spadku i wyruszy w świat. Rodzice zrozumieli, że gospodarza z niego nie zrobią i zgodzili się na jego wyjazd.

Najpierw ukończył gimnazjum w Płocku, później Wydział Prawa na Uniwersytecie Poznańskim, po studiach odbył roczne obowiązkowe szkolenie wojskowe (zakończone uzyskaniem stopnia podporucznika rezerwy). Jako sędzia grodzki pracował przez kilka lat we Wronkach, potem w 1935 roku awansował − został sędzią okręgowym w Poznaniu, a w 1938 − sędzią apelacyjnym w Warszawie. Te kolejne awanse były wyłącznie zasługą Ojca, efektem jego zdolności, pracowitości i z pewnością również prawości. Na pewno nie kryły się za nimi jakieś układy czy rodzinne powiązania. Jak twierdzili jego koledzy, Ojciec nie lubił przenosin, przywiązywał się do ludzi i miejsc, „sędziego Budzyńskiego nie cieszyły awanse” – mówiono.

Niespełnienie początkowych oczekiwań rodziców nie miało żadnego wpływu na ich późniejsze stosunki z synem. Wspierali go w miarę swoich możliwości, musieli przygotować do życia jeszcze kilkoro młodszych dzieci. Mój Ojciec starał się zarabiać na swoje życie podczas nauki i studiów: udzielał korepetycji, jako student związał się z Polskim Stronnictwem Ludowym „Piast”, pisywał artykuły do „Włościanina”. W redakcji tego pisma poznał też swoją przyszłą żonę − Halinę Kędzierską. Każde wakacje, również te późniejsze z moją Mamą i ze mną, spędzał w Guźlinie, z zapałem pomagał w pracach polowych w gorącym okresie żniw.

Z rodzinnego domu Ojciec wyniósł wiarę, którą gorliwie praktykował. I znowu we wspomnieniach, listach, różnych materiałach znajduję na to dużo dowodów. Bardzo często w jego listach z oflagu pojawiają się informacje o odprawianych przez kapelana obozowego w naszej intencji mszach św., na przykład w dniu mojej I komunii św., z okazji różnych świąt. Szczególnie wzrusza mnie list z 29 września 1944 roku, w którym Ojciec napisał: „Ukochani moi! Nie możecie sobie wyobrazić, jak się ucieszyłem, gdy po wielu tygodniach strasznego niepokoju o Was otrzymałem Waszą kartkę i to na drugi dzień po nabożeństwie odprawianym w tutejszej kaplicy na Waszą intencję”. Tak zareagował Ojciec na wiadomość, że wszyscy wyszliśmy żywi z powstania warszawskiego”. Pod koniec 1944 roku Ojciec przysłał mi modlitewnik Ku Tobie, Panie…, wydany w 1942 roku nakładem Biura Opieki nad Jeńcami Wojennymi w Lyonie; dedykację dla mnie wpisał kapelan oflagu w Dössel. Po śmierci Ojca Mama otrzymała z Gorzowa pismo podpisane przez biskupa Edmunda Nowickiego, w którym oprócz wyrazów współczucia znalazły się słowa: „Kuria Administracji Apostolskiej korzystała z ofiarnej współpracy śp. Męża W. Pani, Sędziego Zygmunta Budzyńskiego. Śp. Sędzia Zygmunt Budzyński w ciągu działalności swojej okazał się nie tylko bardzo wybitnym prawnikiem, ale pełnym przywiązania synem Kościoła, poświęcającym wolne swe chwile trudom utwierdzania sprawy Bożej na Odzyskanych Ziemiach”.

Modlitewnik przysłany przez Ojca z oflagu

W sądzie Ojciec był konsekwentny i wymagający. Nie znam, oczywiście, jakichś konkretnych spraw, które prowadził. W naszym domu po wojnie wspominało się jeden proces z czasów wronieckich. Otóż kiedyś Ojciec sądził lekarza, dra K., który po latach w Szamotułach został naszym „domowym” lekarzem i pewnie nie kojarzył sobie tamtego sędziego z nami. Otóż do tego lekarza dotarł furą w śnieżycę późnym wieczorem przerażony chłop, którego żona nie mogła urodzić, błagając lekarza, żeby z nim pojechał, a ten odmówił. Kobieta i dziecko zmarły. Chłop podał lekarza do sądu. Ten się wybronił (był po wielogodzinnym dyżurze, pił alkohol…). Ojciec go uniewinnił, ale w komentarzu stwierdził, że lekarz chyba nieprędko zapomni twarz błagającego go o pomoc człowieka.

Niewiele potrafię powiedzieć na temat politycznych poglądów Ojca. Wiem z opowiadań kuzyna Mamy − wujka Andrzeja Janika i samej Mamy, że wiódł w rodzinnym gronie spory na temat Józefa Piłsudskiego, którego był gorącym zwolennikiem; miał twierdzić, że przewrót majowy wprowadzi w Polsce porządek. On − wychowany w zaborze rosyjskim − nie podzielał poglądów brata Babci, endeka, wychowanego w zaborze pruskim. Widocznie spory polityczne przy rodzinnym stole to nie tylko specjalność ostatnich lat.

Rodzice ze mną, ok. 1935 r., Poznań. Mama trzyma w ręce moją ulubioną czarnoskórą lalkę

Mój Ojciec miał wielu przyjaciół, którzy wspierali nas w czasie okupacji i po wojnie. Szczególnie mocno zapadli w moją pamięć znajomi z czasów wronieckich − państwo Dębińscy (on był naczelnikiem więzienia we Wronkach, a potem w Dubnie), którzy przygarnęli nas we wrześniu 1939 roku, gdy specjalnym pociągiem, wraz z innymi rodzinami pracowników ministerstwa sprawiedliwości, uciekliśmy z Warszawy i zatrzymaliśmy się w Dubnie.

Pamiętam dobrze żonę zmarłego jeszcze przed wojną adwokata z Wronek − panią Musiełową, z którą po powstaniu warszawskim spotkaliśmy w Krakowie. Utrzymywała się wtedy z wypieku ciastek. Kiedy moja Mama ranna w czasie oblężenia Krakowa leżała w szpitalu, pani Musiełowa zatrudniła mnie do roznoszenia ciastek po kawiarniach. Dzięki niej w wieku 12 lat zdobywałam trochę pieniędzy dla rodziny.

Jako przyjaciel naszej rodziny sprawdził się też dawny burmistrz Wronek Stanisław Ratajczak, który po śmierci Ojca utrzymywał z nami serdeczne kontakty, a do władz Szamotuł wystosował specjalne pismo z prośbą o wsparcie dla nas.

I wreszcie cecha szczególnie dla mnie ważna − wielka miłość do rodziny. Naszą Mamę Ojciec wprost uwielbiał. Poznał ją, gdy miała kilkanaście lat, a on był o 8 lat starszym od niej studentem. Pobrali się w 1930 roku, po kilku latach jego pracy we Wronkach. Pewna wronczanka po latach opowiadała mi, jaką piękną stanowili parę: on – wysoki, postawny, ona – mała, z szopą ciemnych włosów. Gdy spacerowali po mieście, widać było, że są w sobie bardzo zakochani! Mama – pełna werwy, łatwo nawiązująca kontakty z ludźmi, ojciec – bardziej poważny, stonowany.

„Gazeta Szamotulska”, 18.02.1930 r.

Wiem z opowiadań mojej Babci ze strony mamy, jak gorąco, emocjonalnie Ojciec reagował na moje, a po kilku latach mojego brata, narodziny. Fakt, że był uwielbiany przez swoją teściową, jest najlepszym dowodem na to, jak bardzo rodzinnym człowiekiem był mój Ojciec. Dowody na jego miłość do nas można odnaleźć w listach, które pisał do nas z oflagu.

Najbardziej namacalnym dowodem miłości Ojca do najbliższych i poczucia odpowiedzialności za nich jest fakt, że bez wahania, najszybciej, jak to możliwe, wrócił do kraju, mimo że lekarze zalecili mu kurację we Włoszech. Pod koniec wojny Ojciec zachorował bowiem na gruźlicę i zdążył ją tylko zaleczyć w takim stopniu, by nie zagrażać otoczeniu. Nie przestraszył się też − w dużym stopniu słusznych − ostrzeżeń, że wracający z zachodu oficerowie mogą zostać zesłani na wschód, żeby tam „paśli białe niedźwiedzie” (tak to obrazowo przedstawiano).

W późniejszych latach Mama często wspominała lata spędzone z Ojcem, a potem także ze mną, we Wronkach. Rodzice mieszkali w służbowej willi blisko więzienia przy ul. Lipowej (w czasach PRL-u była to ul. Róży Luksemburg). Czasem też przychodzili więźniowie pod nadzorem strażnika i przeprowadzali jakieś naprawy lub skopywali ogród. Mama z łatwością nawiązywała z nimi kontakt. Kiedyś spytała jednego z więźniów, który wydawał jej się szczególnie sympatyczny, za co siedzi. Ten odpowiedział, że za „chustę”. Jak się potem okazało, w języku więźniów znaczyło to, że zabił swoją narzeczoną, uderzając ją siekierą w głowę. U rodziców mieszkała służąca Aniela, która przyjechała ze wsi. Mama bardzo ją lubiła. Ona gotowała i sprzątała, a razem z mamą piekły ciasta i stale przemeblowywały mieszkanie. Kiedy Tatuś wracał z sądu, nigdy nie wiedział, w którym pokoju wylądują które meble.

Rodzice prowadzili bardzo ożywione życie towarzyskie. Często grywano w brydża. Jak opowiadała Mama, tylko kiepski partner brydżowy mógł ojca wyprowadzić z równowagi. Potrafił wtedy powiedzieć nieszczęśnikowi, że jest taka piękna gra „w klipę”, na którą mógłby się przerzucić. Nazwiska i funkcje różnych mieszkańców Wronek pojawiały się często w opowieściach Mamy. W brydża grywało się, na przykład, z proboszczem i przeorem klasztoru. Prowadzili oni ze sobą „podjazdową wojnę” o dusze. Proboszcz, żartując, twierdził, że nie pójść w niedzielę do kościoła to grzech śmiertelny, a pójść do klasztoru – to grzech powszedni. W spotkaniach uczestniczył także mecenas Musieł i jego żona. Rodzice przyjaźnili się także z burmistrzem Ratajczakiem i jego żoną. Z wronieckich czasów Mama wspominała dwie jego opowieści. Twierdził, że gości trzeba zawsze odprowadzać na dworzec, „żeby mieć pewność, że wyjechali”. Kiedy we Wronkach zaczęto mówić, że jeden z zakonników wdał się w jakiś romans i zostanie przeniesiony, burmistrz powiedział do niego: „Ja myślałem, że braciszek u nas ojcem zostanie, a tu braciszek dokądś się przenosi”.

Mieszkaliśmy w domu po przeciwnej stronie ul. Lipowej.

Pamiętam opowiadania o doktorze Zimniaku i doktorze Jewasińskim. Na punkcie zdrowia najbliższych (i chyba także własnego) Ojciec był wyraźnie przeczulony. Podobno twierdził, że lepiej 99 razy wezwać lekarza niepotrzebnie, niż zrobić to za późno. Dotyczyło to głównie mnie, bo w pierwszych miesiącach życia miałam poważne problemy zdrowotne (alergia na mleko, wysypki, drgawki itp.). Rodzice szukali pomocy u wronieckich lekarzy i prof. Zeylanda w Poznaniu. Dr Ignacy Zimniak i prof. Janusz Zeyland mają teraz swoje ulice, a ja żartuję, że dostałam od nich takiego „kopa”, który zapewnił mi długie życie i że w pewnym stopniu mnie te ulice zawdzięczają!

Okres wroniecki był chyba w życiu moich rodziców bardzo ważny, mnie wręcz jawi się jako „sielski i anielski”. Opowieści o tamtym szczęśliwym, pełnym miłości okresie sprawiły, że do dziś Wronki darzę specjalnym sentymentem, cieszą mnie sukcesy miasta i marki znane w świecie. Spędziłam tam zaledwie dwa pierwsze lata życia. Po epizodzie poznańsko-warszawskim od 12. roku życia mieszkam w Szamotułach. To miasto przygarnęło nas w najtrudniejszym okresie życia, znaleźliśmy wielu życzliwych ludzi, tu zbudowałam swój własny, szczęśliwy dom z mężem − szamotulaninem z krwi i kości, dziećmi zafascynowanymi (podobnie jak ich ojciec) ziemią szamotulską. Dla mnie Szamotuły to rzeczywistość, a Wronki to taka trochę baśniowa kraina z dawnych lat. Może ma na to wpływ fakt, że osiedliłam się w Szamotułach dlatego, że straciłam w tragicznych okolicznościach Ojca?

Zdjęcie Ojca z czasów przedwojennych i jego list z oflagu adresowany do mnie (1944 r.)

Może ktoś uznać, że ten portret Ojca jest wyidealizowany. Pewnie jest w tym trochę racji. Ojciec był fizycznie blisko mnie w czasie, którego nie pamiętam. Jego obraz stworzyłam z „okruchów”, do których dotarłam. Kiedy patrzę na życie z perspektywy mojego podeszłego wieku, dochodzę do wniosku, że łatwiej jest żyć, gdy wierzy się, że „świat nie jest taki zły”, jak śpiewała Halina Kunicka, że jest w nim też dużo dobra. Może to brzmi naiwnie, ale niech tak zostanie…

Szamotuły, lipiec 2020 r.

 

http://regionszamotulski.pl/zygmunt-budzynski-ojciec-sedzia-wiezien-oflagu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *