Na detoksie…

No powiem Wam, ostatnio jest ostro! Na własnej skórze poznałam smak choroby. Ale to jeszcze nic! Przyszło mi zmierzyć się ze “specjalistą” ortopedą w poradni specjalistycznej czarnkowskiego szpitala. I powiem Wam – nie było to ani miłe, ani budujące. Chcę być sprawiedliwa – ostatnio pacjent skarżył się na szpital szamotulski, tym razem, dla równowagi opiszę Wam, co przeżyłam u “specjalisty” ortopedy w Czarnkowie. Oczywiście dysponuję nazwiskiem, w razie zainteresowania – zapraszam na priv., doradzę do kogo nie warto jechać

 

 

Na detoksie

Są tacy, którzy zaniepokoili się moim „politycznym milczeniem”… Są tacy, którzy pytają: gdzie filmy z komisji, z sesji… Są też tacy, którzy mówią: lepiej wyglądasz, jakoś spokojniej :)
Minął kolejny miesiąc mojego detoksu…
Tak. Tym, którzy nie wiedzą i nie słyszeli: jestem na detoksie!
Przede wszystkim politycznym. Postanowiłam to pod koniec ub. roku. Skoro mam tak mało do powiedzenia, to po co się spalać? Po co marnować życie i zdrowie?
I odpuściłam sobie… Ale głównym powodem dla którego odpuściłam sobie, było spotkanie z moim kolegą.
Ten mój kolega jakieś dwa miesiące po wyborach we Wronkach spotkawszy mnie „na mieście” zapytał: „Ty, a kto w końcu został naszym burmistrzem?”
Moje zdziwienie było tak wielkie, że właściwie trwa do dziś…
I wówczas pomyślałam sobie: Po co ci to, kobieto? Po co się wysilać? Daj sobie luz! I dałam.

Zajęłam się wówczas sobą. Zaczęłam od zmiany lekarza. Poszłam „na piętro”. A tam „od ręki” dostałam wszystkie skierowania na badania. O wynikach wolę nie wspominać… Mój ś.p. tata Aloś przed śmiercią miał chyba lepsze…
No więc zaczęło się!

Któregoś dania wstałam i okazało się, że nie mogę chodzić, bo mnie kolano tak napierdziela, że szok!
Tydzień odczekałam, w myśl zasady: „samo wlazło, samo wyjdzie”, a że jestem wrogiem farmakologii, to przetrwałam bez tabletek przeciwbólowych. Aż w końcu doszłam do wniosku, że nie przejdzie!
Apogeum bólu (oczywiście!) nastąpiło w niedzielę… Postanowiłam pojechać na SOR. Wielkiego wyboru nie miałam, właściwie został mi tylko SOR Czarnków, pomna komentarzy pod wywiadem Damiana na temat SOR-u w innym powiatowym szpitalu.
Na zdjęciu RTG, które zrobiono mi po kilkunastu minutach oczekiwania, nic nie wyszło, dostałam więc skierowanie do ortopedy. Oczywiście też wybrałam specjalistę z przychodni szpitala w Czarnkowie.
Udało mi się troszeczkę pobłagać w kilku miejscach i już po trzech dniach wylądowałam u ortopedy na piętrze w przychodni szpitala w Czarnkowie.
Ortopeda miał wiele specjalności i tytułów, a przyjeżdża ze Szczecina, więc już na samą myśl byłam zdrowsza!

Oczywiście po dwóch godzinach oczekiwania na korytarzu przychodni kolano przestało boleć. Ale nie dałam się zwieść! Poszłam za ciosem!

Kiedy weszłam do gabinetu, lekarz za bardzo nawet nie spojrzał na mnie, od razu zabrał się za papiery.
Zapytał jednak: “Co jest?
Powiedziałam krótko, że kolano boli jak diabli. Nie przewróciłam się, nie upadłam, nie uderzyłam się, po prostu wstałam któregoś ranka i bolało.
„Zdjąć spodnie” – usłyszałam. Zdjęłam. Stoję w gaciach i czekam.
Lekarz zza biurka i zza okularów spojrzał na mnie wzrokiem cudotwórcy Harrisa i mówi: „Nie jest spuchnięte”.
No nie było za bardzo, bo od kilku dni leczyłam się babcinymi sposobami (kapusta, lód, miód i te sprawy..)
„Boli?” – zapytał.
Nie, kurde, posiedzieć sobie w przychodni przyjechałam 30 km, bo akurat nic do roboty nie miałam – pomyślałam tylko, bo te wszystkie tytuły przed nazwiskiem i specjalności po nazwisku lekarza, o których czytałam, jednak mnie lekko onieśmielały.
„Okłady z lodu robić” – usłyszałam, stojąc nadal przed biurkiem w samych gaciach.
Zdrętwiałam. Czekam na konkretne badanie.
Doktor jednak od czasu rzucenia na moje kolana „harrisowego spojrzenia” nie patrzył już na mnie więcej, cały czas coś pisał w karcie i na recepcie.
„Byłam na SOR-ze w niedzielę i mam zdjęcie RTG. Jest w komputerze szpitala” – nieśmiało podsunęłam doktorowi pomysł obejrzenia „od środka” mojego kolana.
„I jak wyszło?” – zdumiona usłyszałam pytanie „specjalisty” ortopedii.
„Polonistką jestem, nie bardzo się na tym znam, ale widziałam, że ostro” – odpowiedziałam doktorowi, który cały czas coś pisał.
Pewnie, żeby dostać zwrot za badanie z NFZ, musi się sporo napisać…
Ponieważ nie zareagował i nie otworzył komputera, by obejrzeć zdjęcie, zapytałam nieśmiało:
„A może jakieś zabiegi, panie doktorze?”
„I tak się pani nie dostanie, ale jak pani chce, to może pani iść”.
„Ale co robić, doktorze? Jak lód, to może to kriocoiśtam?” – cichutko zapytałam i zaczęłam się ubierać, ponieważ doktor „specjalista” już przywalał pieczątki na karcie i na recepcie.
„Może pani zrobić, co chce”- usłyszałam.
Najchętniej, to bym mu z kopa przez to biurko dała! Tylko, że mnie kolano boli…
Przez całą wizytę nie wstał od biurka, nie podszedł, nie obejrzał z bliska, nie pokręcił kolanem, żeby usłyszeć jak strzyka, nie obejrzał zdjęcia, które miał w komputerze! NIC.
„Fenistil i olfen, pani Grażynko”- spersonifikował mnie jednak, gdy podawał mi receptę.
„I schudnąć trzeba” – dodał jeszcze.
„Wiem, już zaczęłam, ale w tydzień nie schudnę, a to kolano naprawdę mnie napierdziela, czasem w nocy nie mogę spać” – dodałam już trzymając w ręku receptę.
Doktor nie wyrzekł już słowa, ciepło się jednak do mnie uśmiechnął, spakował do koperty papiery z nagryzmolonym, zapewne kwieciście, opisem, jak to pomógł kolejnej pacjentce uporać się z bólem i jakby mnie już nie widział.
Nie wstał, gdy wychodziłam (ale poleciałam po bandzie teraz! Ale nawet profesor literatury klasycznej na I roku filologii polskiej w Poznaniu, wstawiwszy nam lufę do indeksu, wstawał, całował w rękę, podając indeks i otwierał drzwi…)
Ale nie on! Cudotwórca! Harris!
Wyszłam na korytarz.
Napiłam się wody z butelki, którą ze sobą miałam.
Usiadłam.
Popatrzyłam na receptę.
Rzeczywiście, fenistil i olfen.
„Jasna dupa”- pomyślałam. „To ja po to cały dzień zmarnowałam? Mogłam iść do apteki Słonecznej i tam pewnie bardziej by mi pomogli. I czasu bym nie straciła. A tak – dzień w d… i marne szanse na poprawę. Tym bardziej, że przecież zostałam przyjęta do ortopedy, który zbadał mnie jak okulista, „na oko”!
„I tak więc została mi ostatnia deska ratunku – apteka Słoneczna oraz moja koleżanka Lucynka w gabinecie na Polnej” – pomyślałam gramoląc się do samochodu i szukając komórki.
Musiałam tym przeżyciem podzielić się z dyrektorem szpitala.
Musi wiedzieć, że to, iż ma lekarzy z tytułami i ze Szczecina, nie znaczy, że leczą ludzi!
A przecież o to chyba chodzi?
Chyba, że o czymś nie wiem. W końcu to moje pierwsze spotkanie ze specjalistą na NFZ od ponad trzydziestu lat…

W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak tylko życzyć Państwu zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia!
Szwarc Gapa

Wroniecki Bazar nr 4/2019  (322)

 

 

komentarzy 9

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *