„Oni tu wszystko dostają”, czyli przemyślenia Marka Lemiesza

Post tradycyjnie osobisty, nie w imieniu sztabu pomocowego, który i tak informuje Was na bieżąco o tym, co robimy od rana do wieczora jako niezwykły alians organizacji społecznych, fundacji, różnej maści aktywistów, wolontariuszy i urzędników administracji – pisze Marek Lemiesz na grupie #pomocWronkiUkraina, a ja po raz kolejny mogę tylko dodać, że sama bym tego lepiej nie ujęła

Dietetyk Wronki Praca w Samsung Wronki Oferty Pracy Wronki
Natchnieniem jest dla mnie dziś starsza pani, której narzekania w rozmowie ze znajomą podsłyszałem przypadkiem, przechodząc obok ulicą. „Oni tu wszystko dostają – jedzenie, mieszkania, do lekarza się dostaną, a pani czy ja nie, dziecioki do szkoły wszystko mają za darmo, pięćset-plus będą im płacić… Pociągiem se jeżdżą za darmo do Poznania na zakupy… A polski emeryt co ma? A dzieci? Ludzie nakrętki i puszki zbierają, żeby dzieci leczyć…”.
Nie, nikogo nie piętnuję. Przez lata, dziesięciolecia całe budowaliśmy w tym kraju system, który o najsłabszych dbał tylko na papierze. To pracownicy opieki społecznej musieli na co dzień ścierać się z absurdalnym gąszczem przepisów i bezdusznością uregulowań, narzucanych „z góry”, której wyobrażenia o polskiej prowincji bazują na humorystyczno-onirycznych obrazkach rodem z filmów o proboszczu w Królowym Moście czy wójcie Wilkowyjów. O mizerię systemów społeczno-zdrowotnych w realiach polskich gmin potykały się za to każdego dnia miliony „indywidualnych przypadków”, za każdym zaś stał jakiś dramat. Pani, którą cytuję, ma prawo czuć się rozczarowana skalą pomocy udzielanej uchodźcom, a zarazem nędzą dotychczasowej opieki państwa nad własnymi obywatelami. Rozumiem ją całkowicie.
Oto Olena. Uciekła z Ukrainy z czteroletnim dzieckiem na ręku. Cały dobytek spakowany pospiesznie w dziecięcy plecaczek i reklamówkę. Mąż walczy. Przed wojną (to jakby przed wiekami) miała studio kosmetyczne, mieszkali w nowoczesnym, wygodnym mieszkaniu w Kijowie. Od wczoraj dziewczyna nie ma kontaktu z rodzicami. Zostali w miasteczku w obwodzie sumskim, właśnie ostrzeliwanym z dział przez rosyjskich mołojców. Pod ich ogniem zginął tego dnia chrześniak kuzynki – na dwa dni przed swoimi ósmymi urodzinami. Córeczka Oleny kocha kotki. Wszystkie, byleby były puchate. Na szczęście w miejscu, w które wczoraj je zawieźliśmy, jest i kotek, i nowa, polska koleżanka, która podzieli się swoimi zabawkami.
Stepan nogę stracił w 2014-tym, był wtedy w jednym z batalionów ochotniczych, które walczyły na wschodzie kraju. Kumple zwołali się znowu i są na linii pod Charkowem. On byłby już tylko kalekim problemem. Stracili dom, który jest już po „tamtej” stronie, wyzwalanej podobno od faszyzmu, lewactwa i gejowskiego dyktatu, jak głoszą moskiewskie media. Proteza Stepana zaczyna się powyżej kolana. Szli z siedemdziesięcioletnią matką ponad 30 kilometrów do polskiej granicy, w sztucznej nodze nawaliła hydraulika, a w żywej – krążenie. Dostał przedwczoraj wózek. Rodzina, u której zatrzymali się we Wronkach, będzie pomagać mu zjeżdżać windą na trawnik przed blokiem. Stepan jest informatykiem. Ma nadzieję, że przyda się jakiemuś polskiemu pracodawcy, żeby nie jeść naszego chleba za darmo.
Maria nie prowadzi auta. Nie było trzeba, mąż jeździł. Kiedyś, za dzieciaka, uczył ją trochę tata, kręciła starym zaporożcem kółka na parkingu. Gdy front (lub to, co go w tym chaosie przypomina) zbliżył się do wioski pod Winnicą, gdzie mieszkała, Maria zapakowała siostrę oraz swoje i jej dzieci do samochodu, i pojechała w stronę granicy. Bez prawa jazdy, bez doświadczenia, na trójce. Auto porzuciły dwadzieścia parę kilometrów od Medyki, taki był korek ludzi, resztę drogi przebyły pieszo. Marii najbardziej żal chudoby zostawionej na Ukrainie – jałówki, świnki, kury…
Dmytrowi i jego rodzinie udało się przekroczyć granicę na kilka dni przed osiemnastymi urodzinami. Parę dni później, a nie zostałby wypuszczony jako poborowy. Dziś stałby na jakimś skrzyżowaniu z wyrzutnią przeciwpancerną, czekając na ruskie czołgi. A Dmytro jest pacyfistą. Boi się wojny, śmierci, ma do tego prawo. Za to rapuje (chyba nieźle nawija, choć nie znam się na tym) i tworzy muzę. Teraz o tym, jak przyjęli ich Polacy, choć wcześniej Polską mało się interesował. Wprawdzie spora część rodziny pracowała nad Wisłą, ale Polacy wydawali mu się lekko nadętymi bufonami, uważającymi się za Najprawdziwszych Ludzi Zachodu. To, czego Dmytro tu doświadczył, jest niewyobrażalne. Jego kolega też przejechał granicę tuż przed pełnoletnością. Osiemnastkę obchodził już we Wronkach. Wraz z rodziną zaprosili na nią jednego z miejscowych wolontariuszy, dziennikarza lokalnego portalu, który tak bardzo pomógł im po przyjeździe (Karol, opisz to!;).
Tak wyglądają te losy. Tu cztery przypadkowo wybrane. Naprawdę mają lepiej niż my? Parafrazując jeden z popularnych ostatnio memów: no fakt, chciałbym mieć jak oni. Chciałbym stracić dom, obrabowany przez sołdatów Putina nawet ze spawarki i grilla ogrodowego, a potem rozpierniczony przez bomby. Chciałbym stracić pracę, dorobek całego życia, być świadkiem tego, jak dzielni obrońcy świata przed faszyzmem gwałcą moją żonę lub córkę. Chciałbym uciekać przed siebie nie wiedząc, co będzie za tydzień czy miesiąc. W końcu opłacało się. Dostaję teraz za darmo gołąbki w słoiku, herbatę Saga, a dzieci będą uczyć się w szkole w języku, z którego nie rozumieją nawet słowa. Jestem podobno głową rodziny, ale bezużyteczną, bo nie mogę tej rodzinie zapewnić żadnego bezpieczeństwa. Mieszkamy w sześć osób w jednym pokoju, kątem u starszych państwa, którzy nas z litości przygarnęli. Dostaniemy po dwa „Pińcet plus”. Starczy na ubrania dla dzieciaków, bo wszystko przepadło „tam”. Aaa, jeszcze mogliśmy przejechać sobie z Przemyśla do Wronek pociągiem za darmo, na koszt Państwa Polskiego. Drugą klasą.
Miłego dnia Wam wszystkim
Marek Lemiesz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.