Zygzaki polskiej oświaty

Dwadzieścia lat temu rozmawiałem  z dyrektorem szkoły średniej w Beverwijk, który  z nieskrywaną dumą prezentował system szkolnictwa w Holandii. Podkreślał, że przez okres 10 lat przed wprowadzeniem reformy oświatowej dyskutowano i przygotowywano się  do jej wdrożenia. Ustawa kładąca podwaliny pod system oświaty, obowiązująca do dzisiaj, została uchwalona w 1963 roku, a wdrożona w 1968 roku. Większe zmiany w ustawie wprowadzono w 1975 roku i pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Sens reformy był wszystkim  znany, bo poprzedzono ją szeroką akcją informacyjną. Zmiana prawa oświatowego była dobrze przemyślana i przeprowadzona, tym niemniej później systematyczne udoskonalano system oświatowy, kładąc nacisk na to, by szkoła coraz lepiej przygotowywała uczniów do obranej drogi życiowej. Mój rozmówca, z perspektywy czasu, który upłynął, wszystkie regulacje prawne przyjęte przez holenderski parlament oceniał jako dobre i potrzebne zmiany – pisze do nas w liście Tomasz Ziółek. Oto cała wypowiedź:

Rozmowa miała miejsce w czasach, kiedy w polskiej szkole wdrażano reformę gimnazjalną i system holenderski był pozornie podobny do wprowadzanego  wtedy u nas: po sześcioklasowej szkole elementarnej uczniowie rozpoczynali naukę w szkołach  na poziomie gimnazjalnym. Była jedna zasadnicza różnica między  holenderskim systemem oświaty i naszym.
Otóż Holendrzy uznali, że  po ukończeniu sześcioklasowej szkole elementarnej bezcelowe jest uczenie wszystkich uczniów według jednego programu, bo różne są predyspozycje uczniów, ich zainteresowania, uwarunkowania środowiskowe i zdolności, a przede wszystkim cele życiowe. Widać to po zachowaniu uczniów, chęci do nauki różnych przedmiotów i wynikach w nauce. Dlatego istnieją w Holandii różnorodne typy szkół średnich: przygotowujące do różnych zawodów, przygotowujące do wyższych studiów zawodowych lub przygotowujące do kariery naukowej, a zatem uczeń ma wybór między różnymi typami szkół, reprezentującymi również różne poziomy nauczania.

Przy wyborze odpowiedniej szkoły pomagają poradnie pedagogiczne, których opinia jest dla przytłaczającej większości rodziców decydująca. Szkoła holenderska kładzie duży nacisk na samodzielność i dużo przedmiotów uczeń wybiera sam, wg własnych zainteresowań  oraz potrzeb kształceniowych. Przy wdrażaniu polskiej reformy kładziono nacisk na wyodrębnienie organizacyjne, czego wyrazem był zakaz łączenia gimnazjów i szkół podstawowych w zespoły, obowiązujący w pierwszych latach po reformie i absurdalny pomysł budowania przegród, jeśli szkoła i gimnazjum były w tym samym budynku.

Holendrzy, w przeciwieństwie do naszych reformatorów skupiali się na sprawach programowych. W efekcie uczeń holenderski, po ukończeniu szkoły elementarnej nie musi przyswajać wiedzy, której nie potrzebuje. Dzięki temu można koncentrować wysiłki edukacyjne szkoły i ucznia na wybranych przedmiotach i uczyć tak, by się nauczyć, a nie tylko mówić, że się miało taki przedmiot w szkole. W Polsce bywa tak, jak mówił, niezbyt logicznie, za to z całą dosadnością języka potocznego znajomy fryzjer: u nas uczą wszystkich wszystkiego i nikt nic nie umie…

Ostatnio czytałem na temat systemu szkolnictwa w Finlandii, drugiej, po Korei Południowej, w rankingu poziomu szkolnictwa krajów Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).  Ma ona system oświaty zupełnie odmienny od holenderskiego, co jest zrozumiałe z uwagi na zupełnie inne warunki funkcjonowania oświaty. W Finlandii mieszka około 5,5 mln osób  na obszarze  nieco większym od Polski, w Holandii około 17 mln osób zamieszkuje  powierzchnię prawie ośmiokrotnie mniejszą od Polski. Holandia ma średnią gęstość zaludnienia 416 osób na 1km2 , Finlandia 16 osób na 1km2 – aż 26 razy mniej i nie mogła zaoferować uczniom takiej różnorodności szkół jak Holandia.  Na niektórych terenach sukcesem jest dotarcie uczniów do szkoły, a mimo tego szkoła fińska oferuje swoim uczniom zróżnicowany program nauki.  Przy zupełnie odmiennej organizacji szkolnictwa przekazuje się uczniom starszych klas wiedzę dostosowaną do ich potrzeb edukacyjnych i zgodną z ich zainteresowaniami i zdolnościami.  Sukcesy edukacyjne Finlandii są dowodem na to, że  problemem nie jest struktura szkolnictwa, ale to czego i jak można się w szkole nauczyć.

Ostatnio polscy politycy przeprowadzają reformy szkolnictwa w sposób przypominający mocno jazdę po pijanemu: samochód jedzie zygzakami, ponieważ kierujący nie jest zdolny rozpoznać bodźców, które do niego docierają i nie potrafi ocenić skutków swoich gwałtownych ruchów kierownicą.

W 2009 r. minister edukacji zaproponował  rozpoczynanie  nauki szkolnej, jak w większości krajów OECD, w wieku 6 lat i sejm to przyjął. Nie przeprowadził jednak akcji informacyjnej wśród rodziców i nauczycieli, a zamiast tego do akcji wkroczyli internetowi „ eksperci”, którzy zaczęli głośno protestować.
Po 6 latach posługując się populistycznym, ale nieprawdziwym hasłem „rodzice wiedzą najlepiej”, minister przeciwnej opcji politycznej całkowicie reformę wycofał.

Tak się złożyło, że w czasie gorących sporów o sześciolatków toczonych u nas moja sześcioletnia wnuczka rozpoczynała naukę w Szwajcarii, rozpoczynała od… drugiej klasy. Postanowiłem zapytać się jak to jest możliwe. Usłyszałem, że u dzieci mogą występować różnorodne problemy o różnorodnym podłożu, mogące mu utrudnić naukę szkolną; mogą to być problemy językowe, psychiczne, socjalne (brak umiejętności pracy w grupie), czy inne.  Im wcześniej  te problemy zostaną wykryte i im  wcześniej rozpocznie się wyrównywanie braków, tym skuteczniej i szybciej zostaną wyeliminowane. Później wyrównywanie braków jest trudniejsze. Rodzice często tych problemów nie dostrzegają, bo się na tym nie znają.  Dodatkowo ich spojrzenie jest subiektywne: niektórzy rodzice robią krzywdę dziecku zbyt je przeceniając, inni – nie doceniając ich możliwości. Wiek sześciu lat nie oznacza jednakowego stopnia dojrzałości szkolnej. Dlatego dziecko rozpoczynające naukę w szwajcarskiej szkole jest oceniane przez psychologów oraz pedagogów i w porozumieniu z rodzicami przydzielane do klasy o odpowiednim poziomie. Te dzieci, które nie muszą chodzić do pierwszej klasy,  która jest dedykowana dzieciom z problemami, rozpoczynają naukę od drugiej klasy. Można współczuć nauczycielom nauczania początkowego w polskiej szkole. Po oddaniu decyzji o dojrzałości szkolnej rodzicom mogą mieć w klasie zarówno dzieci sześcioletnie, których rodzice przecenili ich możliwości, jak i dzieci siedmioletnie niedocenione przez swoich rodziców. Tempo przyswajania wiedzy przez obie te grupy jest całkowicie odmienne i różnice w rozwoju mogą przekraczać 3 lata.  Myślę, że minister Zalewska, jako nauczyciel z wykształcenia, znała  nieprawdziwość głoszonego przez siebie hasła, ale swoją wiedzę złożyła na ołtarzu zwycięstwa wyborczego.
Bo to tak pięknie brzmiało: oddajemy decyzję rodzicom… I mamy piękny start do walki o stołki w Warszawie.

Drugie osiągnięcie ministerstwa edukacji to likwidacja gimnazjów, reforma przynosząca wielką krzywdę uczniom muszącym uczęszczać do skazanych na zamknięcie szkół. Gimnazja nie były pomyślane w sposób idealny, ale  jestem pewny, że ich likwidacja nie była dobrym sposobem reformowania polskiej szkoły. W ciągu minionych lat powstały w gimnazjach  dobre zespoły nauczycielskie i osiągały one wartościowe wyniki w przedmiotach ogólnokształcących. W tworzenie gimnazjów mocno zaangażowały się samorządy gminne, które stworzyły szkoły będące niejednokrotnie przedmiotem ich dumy. Nie usłyszałem żadnego sensownego argumentu przemawiającego za koniecznością ich zamknięcia.
Jeden z polityków PIS powiedział ostatnio, że likwidacji gimnazjów chcieli prawie wszyscy. Jego znajomi? I dlatego trzeba było pozbyć się setek dobrze funkcjonujących szkół?

Dzisiaj, po wielkim strajku nauczycieli rząd zaczął odczuwać nagłą i nieodpartą potrzebę dalszego reformowania oświaty. Wiedząc, co potrafią nasi politycy, jest się czego obawiać. Bez przerwy trwa kampania wyborcza i w jej czasie przychodzą niektórym do głowy różne genialne  pomysły, które natychmiast – jeśli tyko mają wystarczającą władzę – wdrażają.
Z pewnym niepokojem patrzę na wymyślony  w awaryjnej sytuacji kulawy okrągły stół i stawiam sobie pytanie, co można osiągnąć w dyskusji organizowanej w napiętej sytuacji politycznej i z wylosowanymi uczestnikami obrad.

Kiedy rozmawiałem z dyrektorem holenderskiej szkoły pochwalił się, że jego zarobki są podobne do zarobków menadżerskich w dobrej firmie, podkreślał, nie w każdej, ale w dobrej firmie.
W Finlandii zawód nauczyciela jest na drugim miejscu, po lekarzu, na liście wymarzonych przez uczniów zawodów. U nas była premier prowadząca negocjacje ze strajkującymi nauczycielami okazała im całkowite lekceważenie polemizując wyłącznie  z tysiącami wcieleń Broniarza.
W czasie strajku politycy partii rządzącej mówili, że nauczyciele powinni pracować dla idei. I dla idei wraz z rodzinami żyć? Obóz władzy nie stawia na oświatę.

Tomasz Ziółek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *